Alternatywna historia - Rozdział 7 - udar i szpital
W poprzednim rozdziale:
Mattias zaprasza Lucię do kina, a dziewczyna zgadza się, ponieważ chce spędzić spokojny, beztroski czas z kolegą. Tavo słyszy ich rozmowę i życzy Lucii miłego wieczoru, przez co dziewczyna dopiero później zaczyna się zastanawiać, jak cała sytuacja mogła wyglądać z jego perspektywy. Początkowo próbuje wycofać się ze spotkania, tłumacząc się bólem głowy, zwłaszcza że Mattias traktuje wspólne wyjście jak randkę. Ostatecznie jednak zgadza się pójść z nim do kina, doceniając jego starania. Wyraźnie zaznacza przy tym, że traktuje go wyłącznie jak kolegę, ponieważ kocha kogoś innego — po raz pierwszy przyznając to na głos.
Wieczór nie przebiega jednak całkiem beztrosko. Film przywołuje u Lucii bolesne wspomnienie z dzieciństwa, kiedy była świadkiem zamordowania ojca. Mattiasowi udaje się jednak poprawić jej humor. Po powrocie do domu Lucia i Mattias zastają Tavo i Kukę przytulonych w salonie.
W czasie ich nieobecności Tavo i Kuka zostali wezwani na komisariat po tym, jak niepełnoletnia modelka została zatrzymana po wyjściu na dyskotekę. Oboje pomagają jej wrócić do domu. Następnego dnia Lucia i Tavo wyjaśniają sobie nieporozumienie związane z Maria Azul i wyjście z Mattiasem. Dziewczynę niepokoi jednak zachowanie matki. Kiedy próbuje z nią porozmawiać, Rosa nagle dostaje udaru mózgu i trafia do szpitala.
Alternatywna historia - Rozdział 7 - udar i szpital
Telefon do przyjaciela
W szpitalu José de San Martín wszystko wydarzyło się szybko, ale bez poczucia pośpiechu — jakby czas przestał należeć do ludzi, a zaczął rządzić się własnymi prawami. Lekarze i pielęgniarki poruszali się sprawnie, wydając krótkie polecenia, otwierając kolejne drzwi i znikając za nimi równie szybko, jak się pojawiali. Dla Lucii wszystkie te dźwięki zlewały się w jeden jednostajny szum, zza którego przebijało się tylko nierówne bicie jej własnego serca.Stała na korytarzu z ramionami splecionymi wokół siebie, jakby w ten sposób mogła powstrzymać narastający chłód. Przez przeszklone drzwi jeszcze przed chwilą widziała, jak lekarze pochylają się nad Rosą. Potem zasłonięto kotarę.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, zanim lekarz wyszedł z sali.
Lucia skinęła głową, choć oboje wiedzieli, że nie było w tym geście ani odrobiny prawdy. Lekarz przez chwilę szukał odpowiednich słów.
— Najprawdopodobniej twoja mama ma problemy z naczyniami krwionośnymi w mózgu. Konieczne są dodatkowe badania, żeby mieć pewność, że wszystko jest w porządku.
Serce Lucii ścisnęło się boleśnie.
— Ona jest bardzo chora?
Lekarz nie odpowiedział od razu.
— To zależy od rozmiaru uszkodzeń, dlatego mówię, że konieczne jest wykonanie odpowiednich testów i badań.
Lucia poczuła, jak ziemia usuwa jej się spod nóg.
— Nie wspominał pan o uszkodzeniach...
— Nie martw się. Mogą być niewielkie. Wtedy nie będzie trzeba obawiać się poważniejszych konsekwencji.
Próbowała zachować spokój. Naprawdę próbowała.
Ale wystarczyło jedno słowo — uszkodzenia — żeby cała siła, którą jeszcze przed chwilą z siebie wykrzesała, zaczęła się rozpadać. Odruchowo zasłoniła usta dłonią. Łzy napłynęły jej do oczu szybciej, niż zdążyła je powstrzymać. Zacisnęła powieki, zawstydzona własną bezradnością.
Lekarz obserwował ją przez chwilę z wyraźnym współczuciem.
Nie pierwszy raz widział taki strach.
— Posłuchaj... masz jeszcze jakichś krewnych? Ojca? Brata?
Lucia powoli pokręciła głową.
— Nie. Mój ojciec nie żyje. Jesteśmy z mamą zupełnie same.
Wypowiadając te słowa, poczuła ich ciężar mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Przez całe życie wystarczało jej, że były we dwie. Nigdy nie myślała o tym jak o samotności. Dopiero teraz zabrzmiało to inaczej.
Lekarz zamyślił się.
— A może jakiś sąsiad? Albo przyjaciel?
Przez ułamek sekundy przed oczami Lucii pojawiła się twarz Tavo.
Jeszcze rano powiedział przecież zupełnie naturalnie: Razem.
Tak, jakby nie było w tym nic niezwykłego, a jego obecność przy niej była czymś oczywistym. Nie musiała się nawet zastanawiać.
— Tak... mam przyjaciela.
Lekarz uśmiechnął się z wyraźną ulgą.
— Świetnie. Zadzwoń do niego. Twoja mama będzie musiała zostać tutaj jakiś czas.
Lucia skinęła głową. Po chwili zebrała się jednak na jeszcze jedno pytanie.
— Panie doktorze... czy mogłabym ją zobaczyć?
— Możesz wejść do niej, chociaż jest nieprzytomna. Ale radzę ci najpierw zadzwonić do przyjaciela. Dobrze jest, żeby ktoś bliski był teraz przy tobie.
Bliski. To słowo zostało z nią jeszcze długo po tym, jak lekarz odszedł.
Nie weszła od razu do sali. Nogi same poniosły ją w stronę końca korytarza, gdzie przy ścianie stał stary telefon na monety. Metalowa obudowa była chłodna pod jej palcami.
Wyjęła z torebki kilka drobnych. Monety zadźwięczały cicho, kiedy wpadały do środka. Przez chwilę patrzyła na klawiaturę. Nie zastanawiała się, jaki numer wybrać, palce same wystukały cyfry.
Tavo.
Sygnał trwał zaledwie kilka sekund, ale dla niej każda z nich wydawała się osobnym, nieskończenie długim oczekiwaniem.
Po drugiej stronie rozległ się znajomy głos.
— Cześć... Lucia?
Rozpoznał ją natychmiast.
Lucia zacisnęła palce na słuchawce. Dopiero teraz zrozumiała, że przez cały czas wstrzymywała oddech.
— Mama... — zaczęła, ale głos załamał się w połowie zdania.
Przełknęła ślinę.
— Mama miała udar.
— Co? Jak? Ale kiedy to się stało?
Lucia nie miała siły opowiadać. Zamiast tego cicho wyszeptała — Jestem w szpitalu…
Po drugiej stronie zapadła cisza. Była wystarczająco długa, żeby Lucia zrozumiała, że wszystko inne właśnie przestało mieć dla niego znaczenie.
— Powiedz mi, dokładnie gdzie jesteś.
Jego głos zmienił się całkowicie. Zniknęło z niego zdziwienie. Pozostał tylko spokój człowieka, który już podjął decyzję.
— W szpitalu José de San Martín.
— Dobrze.
Usłyszała szelest odsuwanego krzesła i dźwięk chwytanych w pośpiechu kluczy.
— Już jadę.
Lucia zamknęła oczy.
— Tavo...
Nie wiedziała nawet, co chciała powiedzieć. Żeby uważał albo że nie musi? Że przeprasza? Nie zdążyła.
— Jestem w drodze.
Rozłączył się.
Przez chwilę nadal trzymała słuchawkę przy uchu. Po raz pierwszy od chwili, gdy matka osunęła się na sofę, poczuła, że nie jest już zupełnie sama. Choć dzieliło ich jeszcze kilkanaście ulic, wiedziała, że Tavo naprawdę jedzie. I z jakiegoś powodu ta świadomość sprawiła, że mogła wreszcie pozwolić sobie na pierwszy spokojniejszy oddech.
Wsparcie Tavo
Kiedy Tavo wbiegł na oddział, od razu ją zobaczył.Stała pod ścianą, skulona, z pochylonymi ramionami. Nie zauważyła nawet, że przyszedł. Wpatrywała się gdzieś przed siebie, obgryzając paznokieć zupełnie bezwiednie, jakby cały świat skurczył się do jednego punktu, w którym czekała na wiadomość o matce.
Na ten widok poczuł coś, czego nie spodziewał się po sobie — bezsilność. Przez całe życie nauczył się działać, rozwiązywać problemy, znajdować wyjście z sytuacji, które dla innych wydawały się niemożliwe. Tym razem jednak nie było niczego, co mógłby naprawić. Mógł tylko być przy niej.
Jeszcze kilka godzin wcześniej widział ją uśmiechniętą, droczącą się z nim i śmiejącą po tym, jak uderzyła go kalendarzem. Teraz wyglądała, jakby w ciągu jednego popołudnia ktoś odebrał jej cały spokój.
— Cześć, Lucia.
Podniosła głowę.
Przez ułamek sekundy patrzyła na niego, jakby nie była pewna, czy naprawdę stoi przed nią. Potem zobaczyła jego twarz i coś w niej po prostu pękło.
Jedna ręka otoczyła jej plecy, druga wsunęła się delikatnie między włosy i oparła na tyle głowy, przyciągając ją jeszcze bliżej. Nie myślał o tym, czy wypada. Nie zastanawiał się, czy powinien. Liczyło się tylko to, żeby choć na chwilę zabrać z jej ramion odrobinę ciężaru, który dźwigała od momentu, gdy Rosa osunęła się na sofę.
Lucia odpowiedziała na ten uścisk natychmiast, właśnie na niego czekała. Jej ręce same uniosły się i objęły go za szyję, a kiedy poczuła pod policzkiem znajomy materiał jego koszuli i ciepło jego ciała, napięcie, które przez ostatnie godziny utrzymywało ją w pionie, zaczęło ustępować.
Wtuliła się w niego mocniej. Tak mocno, że przez chwilę miała wrażenie, iż gdyby tylko puściła wszystkie mięśnie, Tavo i tak utrzymałby ją na nogach. Nigdy wcześniej nie pozwoliła sobie na taką bezbronność, nie przy nim. A jednak teraz wydawało się to najnaturalniejszą rzeczą na świecie.
Poczuła jego dłoń przesuwającą się powoli po jej włosach. Ten spokojny, powtarzalny ruch nie próbował niczego naprawić ani obiecywać rzeczy, których żadne z nich nie mogło zagwarantować. Był tylko cichym zapewnieniem, że nie jest sama.
Tavo również zamknął oczy. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo bał się od jej telefonu. Jak wiele wyobrażeń zdążyło przemknąć mu przez głowę, zanim dotarł do szpitala.
Teraz czuł tylko ją: jej przyspieszony oddech, drżenie ciała i palce kurczowo zaciśnięte na materiale marynarki. Z każdą kolejną sekundą coraz bardziej opierała na nim swój ciężar. Nie dlatego, że brakowało jej sił. Ale dlatego, że po raz pierwszy przestała udawać, że nie potrzebuje nikogo obok siebie.
— Jak to dobrze, że przyjechałeś... — wyszeptała w końcu, nie odsuwając twarzy od jego ramienia. Głos miała zdławiony. — Jest mi tak ciężko... Jestem zdesperowana...
Serce ścisnęło mu się boleśnie. Delikatnie pogładził ją po plecach.
— Już jestem.
Nie powiedział: wszystko będzie dobrze. Nie chciał kłamać. Ale wiedział, że nie pozwoli jej przechodzić przez to samej.
Po chwili Lucia odsunęła się niechętnie, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, gdzie są. Tavo nie wypuścił jednak jej całkowicie. Ich dłonie pozostały splecione, a on patrzył na nią z takim skupieniem, jakby chciał z jej twarzy wyczytać wszystko, czego nie potrafiła powiedzieć.
— Jak twoja mama? Co powiedział lekarz?
Lucia potrząsnęła głową.
— Nie wiem, co powiedział. Mówił tak dużo, a ja... ja nic z tego nie zrozumiałam.
Oddychała coraz szybciej.
— Tavo, proszę... porozmawiaj z doktorem. Ja naprawdę nic nie rozumiem. Mówił o... o uszkodzeniu mózgu...
Ostatnie słowa niemal ugrzęzły jej w gardle.
Tavo od razu położył dłonie na jej ramionach. Poczuł pod palcami, że znowu zaczyna drżeć. Lekko je ścisnął, zmuszając ją, żeby spojrzała na niego.
— Uspokój się. Dowiem się wszystkiego. Te medyczne terminy czasem brzmią o wiele straszniej, niż wyglądają w rzeczywistości. Dobrze?
Próbowała uwierzyć w jego spokój, ale lęk nie ustępował. Wszystko, co usłyszała od lekarza, mieszało się w jej głowie z obrazem matki leżącej bez ruchu na szpitalnym łóżku. Odwróciła się gwałtownie i zaczęła chodzić po korytarzu, obejmując się ramionami, jakby chciała powstrzymać drżenie własnego ciała. Tavo ruszył za nią bez chwili wahania. Nie dotykał jej tym razem. Szedł tylko o krok za nią, gotów podejść bliżej w tej samej sekundzie, gdyby zobaczył, że znowu zaczyna się rozpadać.
— To nie może się dziać naprawdę... — powiedziała cicho. — Nie mogę w to uwierzyć.
Zatrzymała się i odwróciła do niego.
— Moja mama zawsze była taka zdrowa. Nie pamiętam, żeby miała choćby grypę... a teraz...
Głos znowu się załamał, spojrzała mu prosto w oczy. Było w nich tyle strachu, że poczuł niemal fizyczny ból.
— Tavo... jeśli coś jej się stanie...
Urwała na sekundę, walcząc z oddechem.
— ...to umrę.
Nie pozwolił jej powiedzieć nic więcej. Objął ją ponownie, jeszcze mocniej niż wcześniej. Jedna dłoń oparła się między jej łopatkami, druga objęła kark, gładząc powoli włosy. Czuł, jak Lucia bezwiednie wtula twarz w jego ramię, a dłonie opiera na jego piersi dokładnie nad sercem.
— Nie mów tak... — powiedział cicho, przyciągając ją bliżej siebie. Przycisnął policzek do jej skroni, czując, jak bardzo jest spięta, jak całe jej ciało wciąż walczy z czymś, czego nie potrafiła zaakceptować.
— Uspokój się, Lu. Nie ma potrzeby myśleć, że wszystko będzie aż tak źle. Tym bardziej, że jestem tutaj.
Słowa wypłynęły z niego zupełnie naturalnie. Dopiero chwilę później uświadomił sobie, że zabrzmiały inaczej niż wszystkie wcześniejsze, którymi próbował ją pocieszać. Nie jak zapewnienie przyjaciela. Bardziej jak coś, co od dawna nosił w sobie, choć jeszcze nie pozwalał sobie tego nazwać. Po prostu w tamtej chwili najważniejsze było dla niego, żeby Lucia poczuła, że nie musi już dźwigać tego sama. Że ktoś stoi obok niej i zostanie, niezależnie od tego, co wydarzy się za drzwiami sali, w której leżała jej matka.
Lucia zamknęła oczy. Jeszcze mocniej zacisnęła palce na materiale jego koszuli, jakby ten jeden gest pozwalał jej upewnić się, że naprawdę jest obok. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz czuła się przy kimś tak bezpiecznie.
Nie dlatego, że wierzyła, iż Tavo potrafi zatrzymać chorobę. Nie dlatego, że jego obecność mogła sprawić, że wszystko nagle przestanie boleć. Ale dlatego, że przy nim po raz pierwszy od dawna nie musiała udawać, że daje sobie radę. Nie musiała być silna za wszelką cenę. Mogła się bać. Mogła pozwolić sobie na łzy. Mogła oprzeć się o niego całym ciężarem tego, czego sama nie była już w stanie unieść.
— Tak... — wyszeptała cicho. — Dziękuję ci.
Uniosła na niego wilgotne od łez oczy.
— Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
Przez chwilę tylko na nią patrzył. W jej spojrzeniu nie było już tej ostrożności, którą tak często widział wcześniej. Nie było próby ukrycia emocji ani udawania, że wszystko jest w porządku. Była tylko Lucia — przestraszona, bezbronna i ufająca mu bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.
— Nie będziesz musiała się tego dowiadywać — powiedział cicho. — Jestem z tobą.
I dopiero wtedy przestał kontrolować każdy odruch, który przez tyle czasu kazał mu zachowywać dystans. Delikatnie odgarnął z jej policzka pojedynczy kosmyk włosów, który przykleił się do mokrej od łez skóry. Jego palce zatrzymały się na chwilę przy jej twarzy. Jeszcze niedawno odsunąłby rękę, bojąc się, że ten gest przekroczy granicę, której oboje tak uparcie pilnowali. Teraz jednak żadnego z nich nie obchodziło już, gdzie dokładnie ta granica przebiegała.
Czekanie, jedzenie, bezradność i zaśnięcie
Po południu szpital nie stał się ani trochę łagodniejszy. Światło wpadające przez wysokie okna korytarza zmieniło odcień — ostre, białe promienie dnia ustąpiły miejsca bardziej przygaszonej szarości późnego popołudnia. Nie przyniosło to jednak żadnej ulgi. W tym miejscu czas nie płynął normalnie. Nie było godzin ani minut, było czekanie.Lucia od kilku godzin trwała w stanie zawieszenia.
Pierwszy szok już minął. Minęło drżenie rąk, paniczne pytania i ten moment, w którym każde słowo lekarza brzmiało jak coś niemożliwego do przyjęcia. Nie pojawiło się nic, co mogłoby przynieść ulgę. Nie było uspokojenia ani przekonania, że najgorsze minęło. Została pustka między kolejnymi informacjami.
Drzwi sali pozostawały zamknięte. Lekarze pojawiali się i znikali. Pielęgniarki przechodziły korytarzem szybkim, spokojnym krokiem ludzi, którzy byli przyzwyczajeni do cierpienia innych, choć dla niej ten dzień był czymś, czego nigdy nie potrafiłaby sobie wyobrazić.
Tavo siedział obok niej przez cały ten czas.
Nie próbował zapełniać ciszy rozmową. Wiedział, że żadne słowa nie mogły sprawić, że Lucia przestanie się bać. Czasami tylko kładł dłoń na jej dłoni albo lekko dotykał jej ramienia, przypominając jej w ten sposób, że nie jest sama.
Za każdym razem odpowiadała na ten gest niemal niezauważalnym ruchem. Czasem ściskała jego palce albo przysuwała się odrobinę bliżej, nawet jeśli sama chyba nie zdawała sobie z tego sprawy.
Kiedy zniknął na kilka minut, żeby odebrać telefon, poczuła jego brak natychmiast. To było dziwne.
Przez całe życie była przekonana, że musi radzić sobie sama. Że jeśli coś się stanie, znajdzie sposób, żeby przetrwać. A teraz wystarczyło, że Tavo wyszedł na chwilę z pola widzenia, a ona poczuła ten sam niepokój, który pojawił się wtedy, gdy lekarz zamknął za sobą drzwi.
Kiedy wrócił, właśnie kończył rozmowę telefoniczną.
Lucia wyszła z korytarza bocznego szybkim krokiem. Widać było po niej, że przez ostatnie minuty znowu próbowała wszystko kontrolować.
— Nie mogę znaleźć tego lekarza — powiedziała od razu. Głos miała napięty. — Powiedzieli mi, że jest na operacji.
Tavo spojrzał na nią i od razu zobaczył to, czego ona sama nie chciała pokazać. Kolejną falę strachu. Kolejną próbę poradzenia sobie z czymś, na co nie miała żadnego wpływu.
Podszedł bliżej i bez wahania uniósł dłoń do jej twarzy. Pogładził ją delikatnie po policzku, a potem przesunął palcami po włosach.
— Uspokój się — powiedział cicho. — Przyjdzie.
Patrzyła na niego przez chwilę, jakby sam fakt, że ktoś stoi obok i nie każe jej być silną, był czymś, czego jeszcze nie potrafiła przyjąć.
Tavo wskazał korytarz prowadzący w stronę kawiarni.
— Chodźmy na kawę.
Lucia natychmiast pokręciła głową.
— Nie, ja zostanę. Poczekam na lekarza.
Nie powiedziała tego z uporem, bardziej ze strachem. Odejście nawet na kilka minut oznaczało, że coś wydarzy się bez niej i nie zdąży zareagować.
Tavo położył dłoń na jej ramieniu.
— Dobrze — zgodził się spokojnie. — Przyniosę ci kawę z mlekiem i kanapkę.
— Nie, dziękuję. Nie chcę jeść.
Sama myśl o jedzeniu była czymś zupełnie oderwanym od rzeczywistości.
Tavo przez chwilę na nią patrzył. Widząc jej upór, uniósł palec do ust w cichym geście sprzeciwu, ale zamiast się odsunąć, znów pogładził ją po włosach.
— Zrobisz to, co ci teraz mówię — powiedział stanowczo, choć w jego głosie nadal było ciepło. — Przyniosę ci coś do jedzenia.
Lucia chciała zaprotestować, ale zabrakło jej siły.
I chyba właśnie to było w nim najtrudniejsze do odrzucenia. Tavo nie pytał, czy może się nią zająć. Nie robił tego z litości. Po prostu przejął część odpowiedzialności, jakby było to najoczywistszą rzeczą na świecie.
Kiedy odszedł, patrzyła za nim przez chwilę. Jeszcze kilka tygodni wcześniej pewnie zirytowałaby ją jego stanowczość. Powiedziałaby, że nie potrzebuje, żeby ktoś mówił jej, co ma robić. Teraz po prostu poczuła wdzięczność, bo pierwszy raz od bardzo dawna ktoś zauważył nie tylko to, co mówiła, ale też to, czego nie była już w stanie powiedzieć.
Kiedy Tavo wrócił z kawiarni z papierową torbą, nawet nie próbował zaczynać rozmowy od niczego innego. Usiadł obok niej i położył torbę na jej kolanach.
— Spróbuj coś zjeść — powiedział spokojnie, bardziej jak prośbę niż polecenie.
Lucia spojrzała na niego, ale słowa docierały do niej przez grubą warstwę szkła.
— Nie mogę — odpowiedziała od razu, cicho, bez walki.
— Wiem — powiedział po chwili.
I w tym jednym słowie nie było nacisku, raczej uznanie jej stanu, które paradoksalnie pozwalało jej na chwilę przestać się tłumaczyć. W końcu wzięła mały kęs. Nie dlatego, że poczuła głód, ale dlatego, że obecność Tavo sprawiała, że rzeczy proste przestawały wymagać decyzji.
Czas dalej się rozciągał. Lekarze przechodzili, drzwi OIOM-u pozostawały zamknięte, a każda kolejna godzina bez informacji zaczynała działać na nią inaczej niż wcześniej — nie jak szok, tylko jak powolne ścieranie od środka.
Dla Lucii każda kolejna minuta wydawała się dłuższa od poprzedniej. Siedzenie w miejscu zaczynało być nie do zniesienia. Wstawała, przechodziła kilka kroków po korytarzu, zatrzymywała się przy drzwiach i znów wracała, jakby sam ruch mógł przyspieszyć to, co działo się za nimi.
Tavo obserwował ją w milczeniu.
Widział, jak coraz trudniej przychodzi jej zachowanie pozorów spokoju. Co chwilę zerkała w stronę drzwi, nasłuchując każdego dźwięku dobiegającego z oddziału. Kiedy przechodziła obok niego, jego dłoń niemal odruchowo przesuwała się po jej ramieniu albo zatrzymywała na chwilę na jej plecach. Nie próbował jej zatrzymywać. Chciał tylko, żeby za każdym razem, kiedy poczuje jego dotyk, przypomniała sobie, że nie jest tutaj sama.
W pewnym momencie Lucia zatrzymała się przed nim.
— Tavo, dlaczego im to tak długo zajmuje? — zapytała nerwowo. — Czemu nie mogę do niej iść?
W jej głosie było coraz mniej cierpliwości, a coraz więcej bezradności.
Tavo podniósł na nią wzrok. Przez chwilę patrzył jej w oczy, zanim odpowiedział spokojnie:
— Lucia, bądź cierpliwa. Lekarz wkrótce przyjdzie z nami porozmawiać.
Pokręciła głową.
— Nie będę czekać. Jeśli lekarz nie przyjdzie, nie obchodzi mnie to, idę się zobaczyć z mamą. Nie mogę jej zostawić samej na długo.
Urwała i odwróciła wzrok, a kiedy znów spojrzała na Tavo, w jej oczach pojawiło się coś, co sprawiło, że jego twarz natychmiast złagodniała.
— Naprawdę jej potrzebuję — dodała ciszej.
Tavo patrzył na nią przez chwilę bez słowa. W tym jednym zdaniu usłyszał więcej niż tylko lęk o matkę. Lucia była przerażona, zmęczona i coraz bardziej świadoma, że nie może zrobić niczego, co naprawdę mogłoby wpłynąć na jej stan. A jednak wciąż próbowała działać, bo bezczynność była dla niej niemal nie do zniesienia.
Wyciągnął rękę i delikatnie dotknął jej policzka. Przesunął palcami po włosach przy skroni, odgarniając je z jej twarzy.
— A ona potrzebuje ciebie — powiedział spokojnie. — Zawołają nas.
Lucia przez moment patrzyła na niego bez słowa. Jego dłoń pozostała jeszcze chwilę przy jej twarzy, zanim powoli ją opuścił.
Właśnie wtedy otworzyły się drzwi. Lucia odwróciła się gwałtownie. Lekarz wyszedł na korytarz.
— Doktorze... — natychmiast zrobiła krok w jego stronę. — Jak z mamą?
Lekarz spojrzał na nią i przez moment zawahał się, jakby szukał odpowiednich słów.
— Zrobiliśmy zdjęcie mózgu.
Lucia zmarszczyła brwi.
— A co to znaczy?
Tavo od razu znalazł się obok niej. Lucia na moment odwróciła głowę w jego stronę, a on spojrzał na nią z tym samym spokojem, który próbował utrzymać od początku.
— Czy to znaczy, że jest jej lepiej? — zapytał. — Ona nie jest w niebezpieczeństwie?
Lekarz pokręcił głową.
— Nie możemy tego powiedzieć na pewno, dopóki jest nieprzytomna. Musimy czekać. Bardzo mi przykro.
Lucia zacisnęła usta.
Jeszcze chwilę wcześniej próbowała wymusić na sobie działanie, przekonywała samą siebie, że musi coś zrobić, znaleźć lekarza, wejść do matki, dowiedzieć się czegokolwiek. Teraz jednak nie dostała żadnej odpowiedzi, której mogłaby się uchwycić. Nie było poprawy, ale nie było też słów oznaczających najgorsze. Tylko kolejne czekanie.
Lekarz spojrzał na nich przepraszająco.
— Przepraszam, muszę iść.
— Tak, dziękujemy — odpowiedział Tavo.
Doktor odszedł.
Lucia zrobiła dwa kroki w przeciwną stronę. Opuściła głowę, jakby nagle zabrakło jej siły, żeby utrzymać ją prosto. Przez moment stała nieruchomo, próbując przełknąć to, co właśnie usłyszała.
Tavo patrzył na nią uważnie. Widział, jak jej ramiona drżą. Jak zaciska palce, żeby powstrzymać łzy. Jak próbuje jeszcze raz zebrać się w sobie, choć tym razem nie miała już z czego. Podszedł bliżej i położył dłoń na jej ramieniu.
Lucia odwróciła się. Ich spojrzenia spotkały się zaledwie na sekundę. W jej oczach nie było już złości ani niecierpliwości. Był strach. Czysty, bezbronny strach kogoś, kto właśnie zrozumiał, że nie może zrobić nic więcej.
Tavo nie zdążył powiedzieć ani słowa. Lucia rzuciła mu się w ramiona. Objęła go za szyję tak mocno, jakby potrzebowała czegoś, czego mogłaby się uchwycić, żeby się nie rozpaść. Tavo natychmiast zacisnął wokół niej ramiona i przyciągnął ją do siebie.
Jej twarz znalazła się przy jego szyi. Poczuł ciepło jej łez na skórze. Jedną dłonią objął ją mocno w talii, drugą wsunął w jej włosy i przytrzymał jej głowę przy swoim ramieniu. Nie próbował jej uspokajać słowami. Tym razem żadne słowo nie mogło zrobić tego, co robił jego uścisk.
Lucia wtuliła się w niego jeszcze mocniej. I Tavo po raz pierwszy tego dnia pozwolił sobie przestać myśleć o tym, czy jego bliskość jest właściwa, czy powinien zachować dystans, czy nie przekracza granicy, której jeszcze niedawno oboje tak pilnowali. Po prostu ją trzymał.Tak długo, jak tego potrzebowała.
Lucia po dłuższej chwili uspokoiła się nieco. Chodziła przez jakiś czas wzdłuż korytarza, tam i z powrotem, jakby sama możliwość ruchu mogła w jakiś sposób wpłynąć na to, co działo się za zamkniętymi drzwiami. W jej głowie wciąż nie było miejsca na bezruch. Napięcie, które nie znajdowało ujścia, trzeba było jakoś spalać, choćby w krokach.
Tavo nie przerywał jej, siedział, obserwując ją uważnie, w sposób cichy i skupiony, pozwalał jej jeszcze przez chwilę utrzymać się w tym rytmie, zanim ciało samo zdecyduje, że już nie da rady. Wiedział już z doświadczenia, że takie chodzenie nie rozwiązuje niczego — ale też nie próbował jej tego zabierać, bo rozumiał, że w tej chwili to było jedyne, co jeszcze dawało jej iluzję kontroli.
I rzeczywiście — z każdą kolejną godziną jej ruchy traciły tempo.
Kroki stawały się coraz wolniejsze, mniej pewne, aż w końcu zaczęły przypominać już nie próbę opanowania sytuacji, tylko odruch, który nie miał już żadnego celu. Organizm wyprzedzał jej wolę i powoli odmawiał dalszej współpracy.
W pewnym momencie po prostu się zatrzymała. Nie dlatego, że coś postanowiła, po prostu nie mogła już iść dalej. W jej głowie nie było jednej konkretnej myśli — raczej rozciągnięta, lepka świadomość, że cokolwiek zrobi, nie zmieni tego, co dzieje się za drzwiami. I że im bardziej próbuje to „przeczekać w ruchu”, tym bardziej traci siły na coś, na co i tak nie ma wpływu.
Tavo wskazał krzesło obok siebie.
— Chodź — powiedział cicho.
Nie było w tym żadnego nacisku ani polecenia. Raczej coś prostego, stabilnego, co nie wymagało od niej kolejnej decyzji.
Lucia zawahała się przez sekundę, bardziej z przyzwyczajenia do trzymania się w pionie niż z realnego sprzeciwu. W jej myślach pojawiło się krótkie, zmęczone „powinnam jeszcze wytrzymać”, ale ciało nie miało już siły tego poprzeć. Usiadła obok niego, a Tavo ją objął.
W chwili, w której poczuła jego ramię i ciężar jego obecności, coś w niej puściło — nie gwałtownie, raczej jak napięta struna, która w końcu przestaje drżeć. To „przełączenie” nie miało w sobie nic spektakularnego. Było ciche, prawie niezauważalne: nagle nie musiała już trzymać się w pionie, nie musiała analizować, nie musiała czuwać.
Oparła się o niego bez namysłu, bo ciało wiedziało szybciej niż myśli, gdzie jest bezpieczniej.
Głowa znalazła miejsce na jego piersi, dłoń zacisnęła się na materiale koszuli i na moment wróciło coś bardzo pierwotnego — rytm. Oddech Tavo był równy, stały, niezmienny, i Lucia, nieświadomie, zaczęła się do niego dostrajać. Jej własny oddech zwolnił, choć jeszcze chwilę wcześniej był urywany i niespokojny.
Tavo poczuł, jak jej ciało zmienia się w jego ramionach. Już nie było napięte do granic, stopniowo cięższe, bardziej obecne, wreszcie przestało walczyć z samym sobą. Trzymał ją ostrożnie, ale pewnie, jedną dłonią obejmując ją tak, żeby nie osunęła się dalej, drugą opierając na jej plecach w spokojnym, powtarzalnym ruchu.
Przez chwilę patrzył w pusty korytarz, ale tak naprawdę nie widział nic poza nią. W głowie miał jedną, uporczywą myśl, która nie była już decyzją, tylko instynktem: że dopóki ona tu siedzi w takim stanie, on po prostu nie odejdzie.
A potem jej oddech spowolnił jeszcze bardziej. Nie zauważyła momentu, w którym zasnęła. Napięcie powoli zniknęło, aż ciało przestało reagować na cokolwiek poza ciepłem i rytmem oddechu, który stał się jedyną stałą rzeczą w całym dniu.
Tavo poczuł to po ciężarze jej głowy. Nie poruszył się, nawet kiedy zdrętwiało mu ramię i niewygodna pozycja zaczęła dawać o sobie znać. Nie miało to żadnego znaczenia. Po raz pierwszy od dawna nie próbowała kontrolować każdego swojego odruchu. Nie zastanawiała się, czy jest zbyt słaba, czy pokazuje za dużo. Po prostu pozwoliła mu być obok.
Przesunął dłoń na jej włosy i zatrzymał ją tam. Nie chciał niczego więcej. Nie chciał jej budzić, nie chciał przerywać tej chwili, w której po raz pierwszy pozwoliła mu być dla niej kimś więcej.
Bardzo ostrożnie, bojąc się ją wybudzić, zatrzymał pielęgniarkę przechodzącą obok.
— Przepraszam… czy mógłbym prosić o koc? — zapytał cicho.
Kobieta spojrzała na Lucię i skinęła głową bez słowa. Kiedy wróciła, okryła ją delikatnie, a Tavo poprawił materiał tak, żeby nie zsunął się z jej ramion. Dopiero wtedy odchylił się trochę bardziej, ale nadal nie przestawał jej trzymać — nawet sen nie był wystarczającym powodem, żeby przestać czuwać.
Lucia spała długo, a on nie odszedł ani na chwilę.
Sen był potrzebny
Tavo siedział bez ruchu, trzymając ją w ramionach, i po prostu na nią patrzył. Spała spokojnie, oparta o jego pierś, z twarzą tak rozluźnioną, jakby ktoś wreszcie zdjął z niej cały ciężar dnia, który trzymała od rana. W tym spokoju była inna niż wtedy, gdy była przytomna — mniej kontrolowana, mniej „trzymająca się w pionie”, bardziej prawdziwa w swojej bezbronności.Mógł patrzeć na nią bez żadnych przeszkód, w ciszy, która nie wymagała od niego żadnej reakcji ani słów.
Oddychała spokojnie, a ten oddech, jeszcze kilka godzin wcześniej rwany i napięty, teraz był równy i miękki, jakby ciało wreszcie pozwoliło sobie na coś, czego wcześniej odmawiało. Jej usta były lekko rozchylone, bez śladu tej zwyczajowej czujności, którą widywał u niej w pracy. Powieki drgały co jakiś czas ledwie zauważalnie, jakby sen nie był u niej czymś całkowicie pewnym, tylko stanem, który w każdej chwili mógł się rozpaść.
Włosy rozsypały się na jego koszuli w sposób nieuporządkowany, miękki, zupełnie niepasujący do miejsca, w którym byli. Szpitalny korytarz był zbyt chłodny, zbyt obcy dla czegoś tak delikatnego, a jednak to właśnie tutaj, w tej sterylnej przestrzeni, wyglądała najbardziej naturalnie — nie jako ktoś, kto coś kontroluje, ale jako ktoś, kto wreszcie przestał to robić.
Tavo złapał się na tym, że nie odrywa od niej wzroku. Jeszcze kilka tygodni temu próbowałby sobie wmówić, że to tylko troska, odpowiedzialność, przywiązanie. Teraz coraz trudniej było mu w to uwierzyć. Nie potrzebował jednak żadnej definicji. Wystarczało mu to, co czuł, kiedy patrzył na nią śpiącą w swoich ramionach: ulgę, że jest bezpieczna, i dziwną, głęboką pewność, że właśnie przy niej powinien teraz być. W tej ciszy, w której nikt niczego od niego nie oczekiwał, przyszła mu do głowy myśl prosta i jednocześnie niebezpiecznie oczywista: że nie powinna być tu sama.
Nie dlatego, że to był jego obowiązek. Tylko dlatego, że w ogóle nie wydawało się możliwe, żeby mogło być inaczej. I że trzymanie jej teraz w ramionach nie wymagało od niego żadnego wysiłku. Jakby ciało podjęło decyzję wcześniej niż on sam, zanim zdążył ją nazwać albo podważyć.
Nie analizował tego dalej. Po prostu został. Nie poruszył się ani o centymetr, jakby każdy drobny gest mógł zaburzyć coś, co w tej chwili było jedyną stabilną rzeczą w całym dniu.
Jedną dłonią nadal obejmował ją w talii, drugą spoczywał na jej włosach. Od czasu do czasu przesuwał palcami po ich miękkich pasmach, właściwie bezwiednie. Nie był to już gest pocieszania. Nie musiał jej uspokajać, bo spała. Po prostu chciał jej dotykać.
Dopiero kiedy jej oddech zmienił rytm, coś w tym spokojnym obrazie zaczęło się delikatnie poruszać. Najpierw ledwo zauważalnie, jakby wracała z miejsca, w którym było jej lżej niż tutaj.
Lucia nie otworzyła od razu oczu. Jeszcze przez chwilę trwała w tym stanie, w którym ciało wyprzedza świadomość. Czuła ciepło, ciężar dłoni na sobie, znajomy rytm oddechu tuż obok. I przez moment nie było w niej potrzeby wracania — tylko bierne trwanie w czymś, co było zbyt spokojne, żeby mogło być codziennością.
Ale szpital wrócił powoli, nieodwołalnie. Razem z nim pamięć o tym, gdzie jest i dlaczego. Otworzyła oczy ostrożnie. Przez pierwszą sekundę nie wiedziała jeszcze, gdzie jest. Czuła tylko ciepło jego ciała i ciężar jego ramienia, które nadal ją obejmowało. Dopiero potem wróciła pamięć o szpitalu, o matce, o całym tym koszmarnym dniu.
I wtedy zorientowała się, że Tavo nadal jest przy niej. Nie odsunęła się. Przeciwnie, zanim jeszcze zdążyła pomyśleć, jej palce lekko zacisnęły się na materiale jego koszuli, jakby chciała upewnić się, że naprawdę nie odszedł.
Jego spojrzenie było już na niej, zanim zdążyła w pełni się obudzić — spokojne, uważne, jakby nie pozwolił sobie na żadną sekundę oddalenia.
— Jak się czujesz? — zapytał cicho.
Lucia przełknęła ślinę, jeszcze przez moment nie odpowiadając.
Patrzyła na niego jeszcze przez chwilę. Dopiero wtedy zauważyła, że nadal opiera głowę na jego piersi, a jego ramię wciąż spoczywa wokół jej ramion. Powinna się odsunąć. Tak nakazywał rozsądek, przyzwyczajenie i wszystko to, co jeszcze niedawno uważała za oczywiste. Nie zrobiła tego.
— Lepiej, dziękuję.
Wygonienie Tavo do domu
Późnym wieczorem szpital ucichł jeszcze bardziej. W ciągu dnia korytarze wypełniały się krokami, rozmowami i odgłosem otwieranych drzwi, ale teraz większość tego ruchu zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie przytłumione światło i sporadyczne dźwięki dobiegające zza zamkniętych drzwi. Dzień powoli się kończył, choć dla Lucii czas nadal stał w miejscu.Przez cały ten czas Tavo był przy niej. Kiedy siedziała, siedział obok. Kiedy chodziła po korytarzu, obserwował ją z daleka. Kiedy zasnęła oparta o jego pierś, nie poruszył się, choć po kilku godzinach zdrętwiałe ramię zaczęło boleć. A kiedy się obudziła, nadal ją obejmował i nawet wtedy żadne z nich nie próbowało natychmiast wrócić do tego, co wcześniej nazywali bezpiecznym dystansem.
Teraz jednak Lucia stała obok niego i patrzyła na zamknięte drzwi oddziału. Była zmęczona tak bardzo, że czuła to już w całym ciele, ale myśl o tym, że Tavo spędził tutaj niemal cały dzień, nie dawała jej spokoju.
W końcu odwróciła się do niego.
— Tavo… idź do domu — powiedziała cicho.
Spojrzał na nią, jakby przez chwilę nie był pewien, czy dobrze usłyszał.
— Siedziałeś tu pół dnia — dodała po chwili. — Powinieneś odpocząć.
Nie odpowiedział od razu. Patrzył na nią uważnie, próbując odczytać, co naprawdę kryło się za tymi słowami. Nie było w nich chłodu. Nie było nawet próby odsunięcia go od siebie. Była troska.
I coś jeszcze, czego Lucia sama chyba nie chciała dostrzec — niechęć do tego, żeby wracał, pomieszana ze świadomością, że nie może zatrzymać go tutaj tylko dlatego, że przy nim łatwiej było oddychać.
Tavo westchnął cicho.
— Nie musisz się o mnie martwić.
— Właśnie że muszę — odpowiedziała niemal odruchowo. Spojrzała na niego i dopiero wtedy uświadomiła sobie, jak zabrzmiały jej własne słowa. Przez chwilę oboje milczeli.
Tavo zrobił krok w jej stronę.
— Lucia...
— Przyjechałeś, byłeś ze mną cały dzień — powiedziała, zanim zdążył dokończyć. — Naprawdę mi pomogłeś. Ale teraz możesz już jechać. Ja... dam sobie radę.
Ostatnie słowa zabrzmiały słabiej, niż zamierzała.
Tavo od razu to usłyszał. Jeszcze kilka godzin wcześniej prawdopodobnie próbowałby ją przekonywać, że nie musi niczego udowadniać. Teraz jednak znał ją już wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że nie chodziło o to, że nagle przestała go potrzebować. Chodziło o coś zupełnie innego. Lucia próbowała odzyskać choć odrobinę kontroli nad własnym życiem.
I dlatego tym razem nie zamierzał jej tego odbierać.
— Dobrze — powiedział w końcu.
Lucia spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, jakby spodziewała się sprzeciwu.
— Naprawdę?
Uśmiechnął się ledwie zauważalnie.
— Naprawdę. Ale pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Jeśli tylko coś się zmieni, dzwonisz do mnie. Niezależnie od godziny.
Lucia skinęła głową.
— Zadzwonię.
Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło.
Tavo patrzył na nią, jakby chciał zapamiętać jej twarz. Zmęczoną, bladą, z włosami, które po całym dniu nie miały już nic wspólnego z idealnym wyglądem, którego wymagała od niej praca. I właśnie teraz wydawała mu się bardziej prawdziwa niż kiedykolwiek wcześniej.
Lucia również patrzyła na niego inaczej niż rano.
Nie było już między nimi tego ostrożnego dystansu, który jeszcze niedawno pojawiał się niemal automatycznie przy każdym bardziej osobistym geście. Tavo mógł dotknąć jej włosów, objąć ją, przyciągnąć do siebie. Ona mogła oprzeć głowę na jego piersi i zasnąć w jego ramionach, a po przebudzeniu nie czuła potrzeby natychmiastowego odsunięcia się.
To wszystko wydarzyło się niemal bez ich decyzji. Jakby przez jeden trudny dzień nauczyli się siebie na nowo.
Tavo wyciągnął rękę i delikatnie dotknął jej policzka. Kciukiem przesunął po skórze tuż pod jej okiem, zatrzymując się na moment.
— Spróbuj trochę odpocząć — powiedział cicho.
Lucia skinęła głową.
— Dziękuję.
— Za co?
Uśmiechnęła się blado.
— Za wszystko.
Tavo nic na to nie odpowiedział. Zamiast tego objął ją i przyciągnął do siebie. Tym razem Lucia nie zawahała się ani przez sekundę.
Wtuliła się w niego, obejmując go w pasie, a on zacisnął ramiona wokół niej spokojnie i pewnie. Nie był to już uścisk kogoś, kto próbuje tylko pocieszyć przestraszoną kobietę. Było w nim coś bardziej osobistego, bardziej świadomego, choć żadne z nich nadal nie próbowało tego nazwać. Lucia zamknęła oczy. Przez krótką chwilę pozwoliła sobie po prostu być w jego ramionach.
Tavo pochylił głowę i pocałował ją lekko we włosy. Gest był prosty, niemal czuły do granic oczywistości.
A jednak kiedy się odsunął, Lucia jeszcze przez moment nie wypuściła go z objęć. Dopiero po chwili rozluźniła palce.
Tavo spojrzał na nią raz jeszcze, a potem ruszył w stronę wyjścia.
Lucia patrzyła za nim, dopóki nie zniknął za zakrętem korytarza. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że choć została sama, nie czuła już tej samej pustki co wcześniej.
Tavo odszedł, ale jego obecność nadal była gdzieś blisko — w cieple, które zostało na jej skórze po jego dłoni, w zapachu jego koszuli, który przez chwilę wciąż czuła, i przede wszystkim w świadomości, że jeśli go potrzebuje, wystarczy jeden telefon.
Po raz pierwszy tego dnia samotność nie wydawała się czymś, czego musi się bać.
Kolacja z Pedro i żart
Kiedy Tavo wrócił do domu, po raz pierwszy od wielu godzin znalazł się w miejscu, w którym niczego nie musiał robić. I właśnie dlatego było mu tutaj trudniej niż w szpitalu.W mieszkaniu panowała cisza. Zwyczajna, domowa cisza, która jeszcze rano nie znaczyła nic. Teraz wydawała się niemal niewłaściwa. Zbyt spokojna w porównaniu z tym, co zostawił za sobą. Zbyt obojętna wobec tego, że Lucia nadal siedziała na szpitalnym korytarzu i czekała na wiadomość o swojej matce.
Powinien był odpocząć. Zjeść coś, wziąć prysznic, przygotować się do jutrzejszego dnia. Przez chwilę nawet próbował wmówić sobie, że właśnie tego potrzebuje. Lucia sama kazała mu wrócić do domu. Powiedziała, że da sobie radę.
Tylko że kiedy zamknęły się za nim drzwi mieszkania, wcale nie poczuł ulgi. Miał wrażenie, że zostawił tam coś, czego nie powinien był zostawiać.
Pedro siedział naprzeciwko niego z filiżanką kawy w dłoniach. Przez jakiś czas przyglądał się bratu bez słowa. Tavo wyglądał inaczej niż zwykle. Był zmęczony, zamyślony i wyraźnie nieobecny, jakby część jego uwagi nadal znajdowała się na szpitalnym korytarzu.
— Wiesz, konsekwencje takich wypadków nie zawsze są takie złe — powiedział w końcu Pedro. — Ogólnie rzecz biorąc, rekonwalescencja przebiega dość szybko. Myślę, że powinniśmy mieć nadzieję na najlepszy koniec.
Tavo podniósł na niego wzrok.
— Mam taką nadzieję.
Powiedział to cicho, ale nie było w jego głosie przekonania, którego sam chciałby się uchwycić. Nadzieja była czymś, czego rozpaczliwie potrzebował, a jednocześnie bał się jej zaufać. Lekarz powiedział, że jest szansa. Powinien trzymać się właśnie tego.
Tylko że za każdym razem, gdy próbował myśleć o dobrym zakończeniu, przed oczami pojawiała mu się Lucia. Jej twarz, kiedy czekała na wiadomość. Jej dłonie, które nie przestawały drżeć. Jej głowa oparta o jego pierś, kiedy wreszcie zmęczenie odebrało jej siły. I ten moment, kiedy po wiadomości lekarza po prostu zarzuciła mu ręce na szyję, jakby przez kilka sekund cała jej nadzieja zależała wyłącznie od tego, czy ją obejmie.
Pedro odstawił filiżankę.
— Jesteś bardzo zmartwiony, prawda? Lekarz powiedział, że jest nadzieja?
Tavo przez chwilę nie odpowiadał. Oparł łokieć na poręczy fotela i podparł dłonią głowę. Spojrzenie utkwił gdzieś przed sobą, ale tak naprawdę nie widział niczego w pokoju.
— Jest.
Jedno słowo. A jednak kiedy je wypowiedział, poczuł, jakby sam siebie próbował nim przekonać.
Pedro uśmiechnął się lekko.
— No to świetnie. Trzeba mieć nadzieję na najlepsze. Nie ma sensu wybiegać myślami w przyszłość.
Tavo milczał. Nie chciał wybiegać myślami w przyszłość. Naprawdę nie chciał. Ale przyszłość sama przychodziła do niego, odkąd zobaczył Lucię na szpitalnym korytarzu.
Nie potrafił przestać myśleć o tym, co będzie, jeśli jej matka nie wyzdrowieje. Co stanie się z Lucią, jeśli będzie musiała wrócić do pustego pokoju i po raz pierwszy naprawdę zrozumieć, że nie ma już nikogo, do kogo mogłaby wrócić.
Ta myśl bolała go bardziej, niż powinna.
— Martwi mnie Lucia — powiedział w końcu.
Pedro spojrzał na niego uważniej.
— Ona jest taka samotna. Oprócz matki nic jej nie zostało.
Słowa zabrzmiały w pokoju ciężej, niż Tavo się spodziewał.
Dopiero kiedy je wypowiedział, uświadomił sobie, że właśnie to dręczyło go najbardziej. Nie sama choroba Rosy. Nie tylko niepewność lekarzy. Myśl o Lucii, która musiałaby przez to wszystko przejść sama.
Przypomniał sobie jej twarz, kiedy siedziała pod ścianą. To, jak wtuliła się w niego, kiedy przestała już udawać, że jest silna. Sposób, w jaki jej palce zaciskały się na jego koszuli. Jakby jego obecność była w tamtej chwili czymś, czego naprawdę potrzebowała.
I nagle poczuł znajome ukłucie. Nie powinien był myśleć o tym w ten sposób.
Lucia była młodą kobietą, którą znał od pewnego czasu. Była mu coraz bliższa, choć nadal nie potrafił dokładnie powiedzieć, kiedy przekroczyli granicę, po której przestała być dla niego tylko kimś ważnym. Ale dzisiaj, w szpitalu, ta granica przestała mieć znaczenie. Nie potrafił patrzeć na nią cierpiącą i zachowywać się tak, jakby dotyczyło go to tylko trochę.
Pedro zmarszczył brwi.
— Mówisz, jakby ta kobieta już nie żyła.
Tavo natychmiast podniósł wzrok.
— Nie mówię, że tak będzie.
W jego głosie pojawiło się coś, czego wcześniej nie było. Sprzeciw. Nie wobec Pedro, ale wobec samej myśli, że mógłby wypowiedzieć na głos najgorszy scenariusz.
— Po prostu... boli mnie, kiedy widzę Lucię w szpitalu. Taką bezbronną, samotną.
Przez chwilę znowu zobaczył ją śpiącą w swoich ramionach, spokojną tylko dlatego, że przestała już walczyć ze zmęczeniem.
Pamiętał ciężar jej głowy na swojej piersi i ciepło jej ciała. Pamiętał, jak bezwiednie przesuwał dłonią po jej włosach, choć nie było już żadnego powodu, żeby ją uspokajać. Nie robił tego dla niej. Robił to, ponieważ sam chciał czuć, że jest obok. I właśnie ta świadomość nie dawała mu spokoju.
Pedro westchnął.
— Przepraszam, że to mówię, ale Lucia nie jest jedyną kobietą, która cierpi. Nie bądź takim pesymistą.
Tavo spojrzał na niego z irytacją.
— Czego ode mnie chcesz?
Wstał, przeszedł kilka kroków po pokoju i zatrzymał się przy oknie. Na zewnątrz miasto żyło swoim zwyczajnym rytmem. Samochody przejeżdżały ulicą, gdzieś w oddali świeciły światła mieszkań. Ludzie wracali do swoich domów, jedli kolację, rozmawiali, planowali następny dzień.
A Lucia nadal siedziała w szpitalu. Sama. Ta jedna myśl wracała do niego bez końca.
— Po prostu nie mogę wyrzucić z głowy wszystkiego, co się dzieje z Lucią — powiedział ciszej. — Kto się nią zaopiekuje?
Pedro przez chwilę nic nie mówił. Potem odpowiedział z pozorną prostotą:
— No, ty na przykład.
Tavo odwrócił się do niego. Pedro patrzył na niego z lekkim uśmiechem.
— Ale nie planujesz się z nią ożenić?
Przez kilka sekund Tavo tylko na niego patrzył. Było coś niemal absurdalnego w tym pytaniu. Tak absurdalnego, że przez moment nie wiedział nawet, jak zareagować. Małżeństwo? Z Lucią?
Jeszcze niedawno sama myśl o czymś takim wydawałaby mu się całkowicie niedorzeczna, a jednak teraz nie potrafił zbyć tego pytania natychmiastowym śmiechem.
Bo zanim zdążył się roześmiać, przez jego głowę przemknęło coś znacznie bardziej niebezpiecznego.
Lucia.
Jej dłonie na jego szyi, jej głowa na jego piersi, jej ufność, kiedy pozwalała mu się objąć, jej głos, kiedy powiedziała, że nie wie, co by bez niego zrobiła.
Tavo poczuł, jak coś ściska go w środku. Nie. Nie powinien iść tą drogą. To nie był moment na takie myśli. Lucia miała matkę w szpitalu. Wszystko, co między nimi istniało, było jeszcze zbyt delikatne, zbyt świeże i zbyt nieokreślone, żeby nadawać temu jakiekolwiek nazwy.
A jednak pytanie Pedra dotknęło czegoś, czego Tavo od kilku dni coraz bardziej nie chciał przed sobą ukrywać.
Chciał być przy Lucii, nie tylko dzisiaj i nie tylko dlatego, że przeżywała trudny dzień. Chciał, żeby wiedziała, że kiedy będzie czegoś potrzebowała, może do niego przyjść. Chciał mieć pewność, że nie zostanie sama. Chciał być tym człowiekiem, którego będzie szukała wzrokiem, kiedy wszystko wokół niej zacznie się rozpadać.
I to było znacznie bardziej niebezpieczne niż żart brata o małżeństwie. Pedro najwyraźniej dostrzegł jego milczenie.
— Wypij kawę i zakończmy tę rozmowę — powiedział, próbując rozładować napięcie. Po chwili dodał z lekkim uśmiechem: — Powiedziałem za dużo?
Tavo nie odpowiedział. Usiadł z powrotem w fotelu i sięgnął po filiżankę, ale nawet nie spróbował kawy. Patrzył na nią przez chwilę, zamyślony, po czym odstawił ją z powrotem.
W głowie wciąż miał szpitalny korytarz i Lucię. Tę samą, którą jeszcze rano widział uśmiechniętą. Tę samą, którą teraz zostawił samą tylko dlatego, że sama go o to poprosiła. Powinien był odpocząć i przestać o niej myśleć. Nie potrafił i po raz pierwszy nie był już pewien, czy naprawdę chciał.
"Zawsze będę z tobą"
Następnego dnia rano szpital wyglądał inaczej tylko pozornie. Światło wpadające przez wysokie okna było jaśniejsze niż wieczorem, korytarze znów zaczynały się wypełniać ludźmi, pielęgniarki przechodziły między drzwiami, lekarze pojawiali się na oddziale z tą samą spokojną koncentracją, która dla Lucii od wczoraj wydawała się niemal nie do zniesienia. Wszystko wróciło do swojego zwyczajnego rytmu, a jednak dla niej nic nie było już zwyczajne.Noc właściwie nie była nocą. Była tylko kolejną, długą przerwą między jedną chwilą oczekiwania a następną. Lucia prawie nie spała. Jeśli przymykała oczy, natychmiast budziła się przy najmniejszym dźwięku, przekonana, że ktoś idzie w jej stronę, że lekarz zaraz się pojawi, że wreszcie usłyszy coś, co pozwoli jej przestać się bać. Kilka razy próbowała oprzeć głowę o ścianę i odpocząć, ale ciało nie potrafiło się rozluźnić. Wciąż miała wrażenie, że jeśli pozwoli sobie na choćby odrobinę nieuwagi, wydarzy się coś ważnego i ona tego nie zauważy.
Siedziała więc w tym samym miejscu, w którym została poprzedniego wieczoru, kiedy usłyszała kroki dobiegające z końca korytarza. Nie musiała nawet podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto nadchodzi.
Kiedy jednak zobaczyła Tavo, coś w niej natychmiast puściło. Wstała tak szybko, że przez moment zakręciło jej się w głowie, ale nie zwróciła na to uwagi. Podeszła do niego i objęła go bez słowa, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
— Tavo, jak dobrze, że przyszedłeś.
Jej głos był cichy i zmęczony, a jednak pierwszy raz od wielu godzin pojawiło się w nim coś, co przypominało ulgę.
Tavo przez ułamek sekundy był zaskoczony samym gestem, choć przecież po wszystkim, co wydarzyło się poprzedniego dnia, nie powinien. Objął ją natychmiast, przyciągając bliżej. Poczuł pod dłońmi jej plecy, a potem jej ciężar, kiedy na chwilę oparła się o niego całym ciałem. Nie było w tym wahania ani pytania, czy powinien pozwolić sobie na taki gest. Po prostu ją trzymał.
I dopiero kiedy poczuł, jak jej oddech uspokaja się odrobinę w jego ramionach, zrozumiał, jak bardzo sam potrzebował tego krótkiego potwierdzenia, że z nią wszystko w porządku. Nie chodziło o to, że nic się nie zmieniło. Właśnie zmieniło się wszystko. Ale ona nadal tu była.
Kiedy odsunęli się od siebie, ich spojrzenia spotkały się na moment. Lucia uśmiechnęła się blado, a Tavo odpowiedział jej tym samym. Potem usiedli obok siebie.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało.
Tavo spojrzał na nią uważnie. Wczoraj wieczorem widział ją wyczerpaną, ale teraz wyglądała jeszcze bardziej krucho. Włosy miała niedbale związane, pod oczami pojawiły się cienie, a na twarzy pozostało zmęczenie, którego nie potrafiła już ukryć. Mimo to w jej oczach było coś innego niż poprzedniego dnia.
— Są jakieś wieści o twojej mamie?
Lucia pokręciła głową.
— Wszystko nadal tak samo. Lekarz powiedział, że była nieprzytomna całą noc.
Na moment spuściła wzrok, po czym jej twarz odrobinę się rozjaśniła.
— Ale nadal nalegałam, żeby ją zobaczyć.
Tavo popatrzył na nią z lekkim uśmiechem.
— Tak? I co?
Lucia również uśmiechnęła się słabo.
— Wyglądała, jakby po prostu spała.
Mówiąc to, na moment przestała patrzeć na Tavo. Jakby wspomnienie było tak wyraźne, że znowu znalazła się w tamtym pokoju.
— Podeszłam do niej i zaczęłam mówić. Pogłaskałam ją po głowie.
Jej głos zadrżał lekko, ale tym razem nie ze strachu, ale z emocji.
— Jestem pewna, że mnie usłyszała. I że się uspokoiła.
Tavo patrzył na nią bez słowa.
Widział, jak bardzo potrzebowała w to wierzyć. I nie zamierzał jej tego odbierać. Może lekarz nie mógł powiedzieć, czy jej matka naprawdę ją słyszała. Może nikt nie mógł tego wiedzieć. Ale dla Lucii ta chwila miała znaczenie, którego nie trzeba było poddawać żadnej medycznej ocenie.
Uśmiechnął się do niej z czułością.
— Cieszę się, że wszystko było w porządku.
Przez moment pozwolił jej zatrzymać się przy tym wspomnieniu, ale zaraz potem jego spojrzenie stało się bardziej troskliwe.
— Ale teraz powinnaś wrócić do domu. Wziąć prysznic, przebrać się, coś zjeść i odpocząć.
Jeszcze zanim skończył, Lucia zaczęła kręcić głową.
Tavo zauważył to i westchnął cicho. Wiedział, że ta odpowiedź była jedyną, jakiej mógł się po niej spodziewać.
— Nie.
Uśmiechnęła się przy tym lekko, jakby sama świadomość, że znowu będzie próbował ją przekonać, była czymś niemal znajomym.
— Wiem, że kiedy się obudzi, będzie mnie wołać. I ja chcę być blisko.
Tavo przez chwilę nic nie mówił.
To było dokładnie to, czego się obawiał. Nie tego, że Lucia nie posłucha jego rady, ale że będzie próbowała czuwać do granic własnych możliwości, ponieważ bliskość z matką stała się dla niej jedynym sposobem, żeby nie czuć bezradności.
Spojrzał na nią i poczuł, że jego wcześniejsza stanowczość zaczyna ustępować czemuś znacznie bardziej miękkiemu.
— Rozumiem to wszystko — powiedział spokojnie. — Ale ona na pewno chciałaby, żeby z tobą wszystko było w porządku.
Lucia otworzyła usta, żeby odpowiedzieć.
— Ale, Tavo...
— Proszę, Lucia. Posłuchaj mnie.
W jego głosie było tyle troski, że zabrzmiało to bardziej jak prośba niż polecenie.
Lucia spojrzała na niego z wahaniem.
Przez kilka sekund próbowała jeszcze utrzymać ten delikatny uśmiech, którym przed chwilą próbowała przekonać zarówno jego, jak i samą siebie, że wszystko jest pod kontrolą. Ale coś w niej nagle się załamało.
Tavo zobaczył to niemal w tej samej chwili.
— Co się stało?
Lucia odwróciła twarz, ale było już za późno. Łzy pojawiły się w jej oczach, a kiedy wreszcie wypowiedziała to, co od wczoraj próbowała zatrzymać w sobie, głos całkowicie się jej załamał.
— Boję się, że mama umrze.
Tavo poczuł nagły ucisk w piersi.
Wiedział, że ten lęk tam był. Widział go od pierwszej chwili, kiedy przyjechał do szpitala. Ale słowa wypowiedziane na głos miały zupełnie inny ciężar. Nagle cała jej wczorajsza nerwowość, chodzenie po korytarzu, niechęć do jedzenia, niezdolność do odejścia choćby na chwilę — wszystko układało się w jedną całość.
Bała się nie tylko o matkę. Bała się, że jeśli ją straci, zostanie jej już tylko pustka.
Tavo nie pozwolił, żeby Lucia została z tym zdaniem sama. Uniósł dłoń i delikatnie pogładził ją po policzku. Kciukiem otarł pierwszą łzę, która spłynęła jej po skórze. Nie odrywał od niej wzroku.
— Nie mów tak — powiedział cicho. — Tak się nie stanie.
Lucia przymknęła oczy pod jego dotykiem, ale łzy wciąż napływały jej do oczu.
— A jeśli stanie?
Tavo przez chwilę patrzył na nią w milczeniu.
To było pytanie, na które nie istniała uczciwa odpowiedź. Nie mógł obiecać jej, że jej matka wyzdrowieje. Nie mógł zmienić tego, co działo się za zamkniętymi drzwiami. Mógł tylko zrobić jedną rzecz, która naprawdę leżała w jego zasięgu.
Nie zabrać jej strachu, ale sprawić, żeby nie musiała nieść go sama.
Jego dłoń nadal spoczywała na jej policzku. Pogładził ją jeszcze raz, powoli, uspokajająco, a potem przesunął palcami lekko w stronę jej włosów. Lucia nie odsunęła się. Przeciwnie, niemal niezauważalnie przechyliła twarz w stronę jego dłoni, jakby ten dotyk był czymś, czego potrzebowała równie mocno jak słów.
Tavo patrzył jej głęboko w oczy.
— Nie zostaniesz sama — powiedział.
Zawahał się tylko przez ułamek sekundy, zanim dodał to, co od wczoraj było w nim coraz bardziej oczywiste.
— Ja zawsze, zawsze będę z tobą. Zaufaj mi.
Lucia patrzyła na niego przez długą chwilę, a jego dłoń nadal delikatnie obejmowała jej twarz.
Nie odpowiedziała. Nie musiała. Po raz pierwszy od chwili, kiedy wszystko się zaczęło, pozwoliła sobie po prostu uwierzyć, że kiedy nadejdzie najgorszy moment, nie będzie musiała przechodzić przez niego sama.
Roztargnienie Tavo i troska zawodowa
Tego samego poranka agencja działała w swoim zwykłym tempie — telefony, papierkowa praca, ktoś kręcący się między pokojami z kubkiem kawy. Tylko Tavo nie do końca potrafił wejść w ten rytm.Siedział przy biurku, ale jego uwaga co chwilę uciekała gdzieś daleko. Odpowiadał automatycznie, przeglądał dokumenty, po czym wracał do nich bez pewności, co właściwie przed chwilą przeczytał. W pewnym momencie złapał się na tym, że patrzy w jeden punkt zbyt długo, nie rejestrując nawet rozmowy, która toczyła się kilka kroków dalej.
Kuka zauważyła to szybciej niż on sam. Oparła się o oparcie fotela w gabinecie i przez chwilę tylko mu się przyglądała.
— Ty w ogóle jesteś dzisiaj tutaj? — zapytała w końcu sucho.
Tavo uniósł wzrok, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, gdzie jest.
— Jestem — odpowiedział od razu, trochę zbyt szybko.
Kuka uniosła brew.
— Wczoraj przełożyłeś dwa spotkania z potencjalnymi klientami, bo „szpital”. Dzisiaj nie słuchasz połowy tego, co się do ciebie mówi. To nie jest w twoim stylu.
Tavo nie odpowiedział.
Kuka przez moment obserwowała go w milczeniu, jakby zastanawiała się, czy powiedzieć to, co właśnie przyszło jej do głowy.
— Za bardzo się angażujesz.
Tavo odchylił się lekko na krześle, przyjmując tę samą spokojną, opanowaną postawę, którą zwykle wykorzystywał wtedy, kiedy rozmowa zaczynała dotyczyć czegoś, czego nie chciał ujawniać.
W jego głowie natychmiast pojawił się obraz Lucii.
Nie tej z agencji, pewnej siebie i skupionej, która potrafiła odpowiedzieć na każde pytanie i nie pozwalała nikomu zobaczyć, kiedy coś naprawdę ją poruszało. Tylko tej ze szpitalnego korytarza — zmęczonej, przestraszonej i tak bardzo pozbawionej swojej zwyczajowej kontroli, że w końcu pozwoliła mu po prostu ją trzymać.
Pamiętał ciężar jej ciała opartego o jego pierś. Ciepło jej głowy przy jego szyi. Palce zaciskające się na materiale jego koszuli, jakby potrzebowała upewnić się, że naprawdę tam jest. I pamiętał, że kiedy już zasnęła, nie chciał jej wypuścić z ramion.
To wspomnienie było zdecydowanie zbyt świeże, żeby można je było zamknąć w jednym słowie: troska.
— To nie jest kwestia angażowania się — powiedział w końcu spokojnie. — Stan Rosy jest ciężki. Jeśli to się przedłuży, odbije się to na Lucii. Ona jest częścią zespołu, a ja odpowiadam za to, żeby mogła normalnie funkcjonować.
Kuka zmrużyła oczy.
— Czyli to troska zawodowa.
Tavo spojrzał na nią.
— Dokładnie.
Odpowiedział zbyt szybko.
Kuka przez chwilę nic nie mówiła. Nie wyglądała jednak na przekonaną. Raczej na kogoś, kto właśnie usłyszał odpowiedź, której się spodziewał, ale która nie do końca pasuje do tego, co widzi.
— Dobra — powiedziała w końcu. — Tylko ogarnij się na dzisiaj, bo masz jeszcze spotkanie o jedenastej.
— Jasne.
Kuka ruszyła w stronę drzwi, ale zanim wyszła, obejrzała się jeszcze przez ramię.
— I Tavo?
— Tak?
— Nie możesz być odpowiedzialny za wszystkich.
Spojrzał na nią pytająco, ale Kuka już niczego nie dodała. Po prostu wyszła i zamknęła za sobą drzwi.
Tavo został sam.
Przez kilka sekund patrzył na zamknięte drzwi, a potem oparł się ciężej o krzesło i pozwolił myślom wrócić tam, gdzie od rana uparcie próbował ich nie wpuszczać.
Do niej. Nie jako do pracownicy. Nie jako do członkini zespołu, za którą czuł się odpowiedzialny.
Do Lucii.
Do jej twarzy, kiedy zobaczyła go rano w szpitalu. Do tego, jak wstała natychmiast i bez żadnego wahania objęła go, mówiąc, jak dobrze, że przyszedł. Jeszcze kilka tygodni temu taki gest zmusiłby go do zastanowienia się, co właściwie oznacza. Dzisiaj nie potrzebował już odpowiedzi.
Pamiętał jej uśmiech, kiedy opowiadała mu o matce. Ten krótki moment, kiedy na jej twarzy pojawiło się coś więcej niż strach, bo mogła uwierzyć, że Rosa ją słyszała. Pamiętał też chwilę później, kiedy próbował przekonać ją, żeby wróciła do domu.
A potem jej łzy. „Boję się, że mama umrze”.
Zamknął oczy.
Wciąż pamiętał własną dłoń na jej policzku. Ciepło jej skóry pod palcami. To, jak przymknęła oczy, kiedy ją pogładził, i jak niemal niezauważalnie przechyliła twarz w stronę jego dłoni, zamiast się odsunąć. Nie było już między nimi tej dawnej ostrożności.
Najbardziej wracał do niego obraz z poprzedniego wieczoru. Lucia śpiąca w jego ramionach. Jej głowa na jego piersi. Dłoń zaciskająca się na jego koszuli. Oddech, który z każdym kolejnym spokojnym wdechem dostrajał się do jego własnego. I to niezwykłe poczucie, że trzymając ją, nie robi niczego niezwykłego. Nie zastanawiał się, czy powinien ją objąć. Nie myślał o granicach. Po prostu przesunął dłoń po jej włosach, a kiedy zasnęła, został.
Nawet wtedy, kiedy zdrętwiało mu ramię i niewygodna pozycja zaczęła boleć, nie przyszło mu do głowy, żeby ją odsunąć. To właśnie było najbardziej niepokojące. Nie to, że chciał się nią opiekować. Tylko to, jak naturalne stało się dla niego bycie przy niej.
Tavo otworzył oczy i spojrzał na leżące przed nim dokumenty. Nie przeczytał ani jednego słowa.
„Zawsze będę przy tobie”.
Wypowiedział te słowa wcześniej bez zastanowienia, kiedy Lucia zapytała, co się stanie, jeśli straci matkę. Wtedy najważniejsze było, żeby przestała się bać. Teraz jednak, siedząc samemu w gabinecie, po raz pierwszy pozwolił sobie pomyśleć o nich nie jak o pocieszeniu.
Czy naprawdę właśnie to miał na myśli? Czy dlatego tak trudno było mu wrócić do normalnego dnia, kiedy wiedział, że ona nadal siedzi sama w szpitalu?
Odpowiedź przyszła szybciej, niż chciał.
Tak.
Nie chodziło już o pracę. Nie chodziło o obowiązek ani o odpowiedzialność za jedną z dziewczyn w agencji. Chodziło o nią.
I chyba właśnie dlatego słowa, które wypowiedział w szpitalu, nie brzmiały teraz jak obietnica, którą dopiero miał spełnić. Brzmiały jak coś, co już dawno zaczął robić.
Wizyta Kuki i Tavo w szpitalu
Szpital tego dnia miał w sobie coś mniej ostrego niż wcześniej. Nie stał się nagle miejscem spokojnym ani bezpiecznym, ale napięcie, które przez ostatnią dobę zdawało się wypełniać każdy kąt korytarza, choć odrobinę ustąpiło. W powietrzu pojawiło się coś, czego Lucia niemal bała się nazwać nadzieją.Stała i cicho modliła się z dziękczynieniem za poprawę stanu mamy. Dlatego nie zauważyła Kuki, która cicho weszła na oddział, aż nie usłyszała swojego imienia.
— Lucia…
Odwróciła się i odruchowo przytuliła kobietę.
— Kuka!
Uścisk trwał zaledwie kilka sekund, ale Lucia nie chciała go kończyć. Dopiero po chwili odsunęła się o pół kroku i spojrzała na nią z szerokim uśmiechem.
— Mamie jest lepiej! Wkrótce będę mogła z nią porozmawiać!
W jej głosie po raz pierwszy od dawna zabrzmiała prawdziwa radość. Nie ostrożna ulga, nie próba przekonania samej siebie, że wszystko będzie dobrze, ale coś, co choć na chwilę przypominało zwyczajne szczęście.
Kuka uśmiechnęła się szeroko.
— Naprawdę?
Lucia energicznie pokiwała głową.
I właśnie wtedy za Kuką pojawił się Tavo. Lucia zobaczyła go niemal natychmiast. Jej uśmiech nie zniknął. Przeciwnie, jakby sama jego obecność dopełniła tę chwilę.
— Tavo, mamie jest lepiej!
Szef agencji zatrzymał się koło nich. Uśmiechnął się do niej z wyraźną ulgą, ale nie podszedł bliżej. Przy Kuce zachował tę odrobinę dystansu, którą oboje najwyraźniej uznali już za naturalną, kiedy wokół byli inni ludzie.
— Tak? Świetna wiadomość. Widzisz? Twój koszmar się zakończył.
Lucia przytaknęła.
— Tak.
Spojrzała najpierw na niego, potem na Kukę. W jej oczach wciąż było wzruszenie.
— Dziękuję, że przyszliście. Naprawdę tego potrzebuję. Dziękuję.
Tavo odpowiedział jej tylko lekkim uśmiechem, ale jego spojrzenie zatrzymało się na niej na sekundę dłużej. Widział tę zmianę. Widział, jak bardzo potrzebowała teraz kogoś obok, komu mogłaby powiedzieć, że wydarzyło się coś dobrego. I choć sam nie powiedział nic więcej, poczuł ciepło, którego nie potrafił już sprowadzić do zwykłej satysfakcji, że jedna z jego pracownic odzyskała nadzieję.
— A co powiedział lekarz? — zapytała Kuka.
Lucia od razu zaczęła opowiadać.
— Powiedział, że odzyskała przytomność i przeniosą ją z oddziału intensywnej terapii na zwykły oddział. Nie mogę się doczekać, aż znowu ją zobaczę.
Tavo skinął głową.
— Bardzo dobrze.
Lucia spojrzała na niego z tym samym uśmiechem, jakby chciała zatrzymać tę chwilę trochę dłużej. Jeszcze wczoraj siedziała przy nim bezradna, przekonana, że za zamkniętymi drzwiami może wydarzyć się najgorsze. Teraz mogła powiedzieć na głos, że jej matka żyje i że odzyskała przytomność.
Kuka spojrzała na nią uważnie.
— Okej, prawdopodobnie chcesz zostać sama z twoją mamą?
Lucia natychmiast pokręciła głową.
— Nie, co ty mówisz? Chciałabym, żebyście poszli ze mną.
Tavo nawet się nie zawahał.
— Dobrze, pójdziemy. Nie martw się.
Kuka zerknęła na niego niepewnie. Sytuacja, w której cała trójka miałaby wejść razem do sali Rosy, może być odrobinę niezręczna. Nie chciała jednak psuć dziewczynie humoru.
— Uspokój się, pójdziemy z tobą. Oczywiście, to nie jest najlepszy moment, ale w końcu poznam twoją mamę.
Lucia uśmiechnęła się.
— Oczywiście, ona też chciałaby was poznać.
Nie zdążyli jednak ruszyć.
Drzwi oddziału otworzyły się i pojawił się lekarz. Lucia od razu odwróciła się w jego stronę z wyczekiwaniem. Jednak doktor nie odwzajemnił jej uśmiechu.
— Niestety, nie mam dobrych wiadomości.
Jej ciało napięło się natychmiast.
— Co z mamą?
Lekarz spojrzał na nią spokojnie.
— Wszystko w porządku, uspokój się. Jej stan jest bez zmian.
Lucia przez chwilę patrzyła na niego bez zrozumienia. Bez zmian. To znaczyło, że nie jest gorzej, ale jeszcze przed chwilą usłyszała, że będzie mogła zobaczyć matkę na zwykłym oddziale. W jej głowie te dwie informacje nie chciały się ze sobą połączyć.
Tavo również spoważniał.
— Więc co to za wiadomość?
— Nie możemy jej przenieść. To mogłoby jej zagrozić.
Lucia poczuła, jak serce znowu zaczyna jej przyspieszać.
— Ale nie pogorszyło się jej?
— Nie, nie. Możesz się uspokoić. Jesteś zbyt wzburzona. Doskonale rozumiem sytuację, ale proszę, żebyś się uspokoiła. W przeciwnym razie zamiast jednej pacjentki będę miał dwie.
Lucia spuściła wzrok. Skrzyżowała ramiona na piersi, jakby ten prosty gest mógł ją ochronić przed kolejną falą emocji. Wzięła głębszy oddech, próbując odzyskać panowanie nad sobą.
Lekarz mówił dalej:
— Radzę ci wrócić do domu i odpocząć trochę. Tutaj nic nie pomożesz.
Lucia pokręciła głową.
— Nie, dziękuję. Jeśli pojadę do domu, to i tak cały czas będę myślami tutaj. Więc lepiej, jeśli zostanę.
Tavo patrzył na nią przez chwilę.
Jeszcze poprzedniego dnia pozwolił jej zostać, dopóki sama nie zdecydowała, że nie ma już siły. Wiedział jednak, dokąd prowadziło jej uparte trzymanie się szpitala. Widział to na własne oczy. Widział, jak zasnęła w jego ramionach z wyczerpania, dopiero wtedy, gdy jej ciało dostało pozwolenie, żeby się poddać.
Nie chciał, żeby znowu doprowadziła się do tego stanu.
— Lekarz ma rację — powiedział spokojnie. — Nic nie pomożesz, jeśli tu zostaniesz. Więc pozwól, że odwiozę cię do domu.
Lekarz skinął głową.
— Przepraszam, zostawię was.
— Dziękujemy, doktorze — odpowiedział Tavo.
Lekarz jeszcze raz spojrzał na Lucię.
— I nie trzeba się martwić.
Kiedy odszedł, Lucia przez chwilę stała bez ruchu.
Tavo obserwował ją uważnie. Wiedział, że przy Kuce nie może pozwolić sobie na ten sam rodzaj bliskości, który jeszcze rano przychodził mu tak naturalnie. Wystarczyłoby jedno spojrzenie, dłoń położona na jej ramieniu, ten prosty gest, którym przypominał jej, że nie jest sama. Teraz musiał znaleźć inne słowa. Takie, które pozwolą mu zatroszczyć się o nią, nie pokazując przy tym, jak bardzo jego troska dawno przestała mieścić się w zawodowej roli.
Zrobił krok w jej stronę.
— Chodź, Lucia.
Odwrócił się lekko do Kuki. Przez moment przemknęła mu przez głowę myśl, że skoro i tak zamierza odwieźć Lucię, zwykła przyzwoitość wymaga, żeby zaproponował podwózkę również jej. Nie chciał, żeby Kuka poczuła się pominięta, a tym bardziej żeby sytuacja wyglądała tak, jakby z góry zakładał, że pojedzie tylko z Lucią.
— Jedziesz z nami?
Kuka uśmiechnęła się lekko, jakby odpowiedź była oczywista.
— Nie, nie. Ty jesteś naszym dobrym pocieszycielem.
W jej głosie zabrzmiało coś więcej niż zwykły żart. Tavo nie potrafił rozstrzygnąć, czy Kuka naprawdę niczego nie zauważa, czy przeciwnie — zauważa więcej, niż mówi. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać.
Lucia natychmiast zaprzeczyła.
— Nie, nie chcę robić problemu. Potrafię o siebie zadbać.
Dopiero teraz spojrzała na Kukę i przez moment poczuła nieprzyjemne ukłucie świadomości. Jeszcze wczoraj pozwoliła Tavo trzymać ją w ramionach, zasnęła przy nim, a dziś jego obecność znowu przynosiła jej ulgę szybciej, niż chciała to zauważyć. Nie wiedziała, co dokładnie mogła dostrzec Kuka, i chyba właśnie dlatego tak bardzo zależało jej, żeby nie zobaczyła zbyt wiele.
Nie chciała, żeby pomyślała, że wykorzystuje jego obecność albo że oczekuje od niego czegoś więcej, niż powinien dawać jej właściciel agencji. A może bardziej bała się tego, że Kuka mogłaby zobaczyć, jak bardzo sama tego wszystkiego potrzebuje.
Tavo spojrzał na nią uważnie. Przy Kuce jego twarz znów przybrała spokojny, zawodowy wyraz, ale jego głos był łagodniejszy, niż wymagała tego sytuacja.
— Nie sprawiasz nam żadnych problemów. Najważniejszą rzeczą w biznesie modelingowym jest dbanie o modelki i pomaganie im. A ty jesteś jedną z naszych pracownic, więc cię nie opuścimy. Rozumiesz?
Lucia zawahała się na moment.
Wiedziała, że mówi to przede wszystkim dlatego, że Kuka stoi obok. Że pod tą zawodową formułą kryje się coś znacznie bardziej osobistego, czego nie mógł powiedzieć przy niej wprost. I właśnie dlatego te słowa były dla niej tak łatwe do przyjęcia. Nie musiała pytać, dlaczego chce ją odwieźć, nie musiała tłumaczyć, dlaczego tak bardzo potrzebuje jego obecności. Mogła po prostu pozwolić mu się sobą zająć.
— Tak, pewnie.
Tavo skinął głową.
— Dobrze. No to wracajmy do domu.
Kuka poprawiła torebkę na ramieniu. Przez chwilę przyglądała się im obojgu, jakby chciała się upewnić, że Lucia rzeczywiście jest gotowa wyjść. Nie było jednak już niczego, co mogłaby tu zrobić. Lekarz jasno powiedział, że dziewczyna powinna odpocząć, a obecność Tavo dawała jej przynajmniej kogoś, kto dopilnuje, żeby rzeczywiście pojechała do domu.
— Pójdę.
Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia z oddziału.
Lucia i Tavo przez chwilę odprowadzali ją wzrokiem. Dopiero kiedy Kuka zniknęła za drzwiami, coś w jego postawie zmieniło się niemal niezauważalnie. Nie musiał już pilnować każdego ruchu.
Wyciągnął rękę i położył dłoń na ramieniu Lucii. Ten prosty gest wystarczył, żeby poczuła znajome ciepło.
— Chodźmy.
Lucia zrobiła krok, ale zaraz spojrzała w stronę drzwi, za którymi zniknęła kobieta.
— Tavo, Kuka poszła…
W jej głosie pojawiła się nagła niepewność. Lucia nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że Kuka mogła zauważyć coś, czego nie powinna. Nie chciała, żeby odejście starszej modelki wyglądało jak świadome zostawienie ich samych, ani żeby Kuka pomyślała, że nagle cała jej uwaga skupiła się wyłącznie na Tavo.
W jego spojrzeniu pojawiła się natychmiast troska. Przesunął dłoń z jej ramienia nieco wyżej, a potem na krótką chwilę dotknął jej policzka. Kciukiem pogładził ją delikatnie po skórze.
— Lucia, proszę. Nie musisz się o nią martwić. Lepiej, żebyś teraz o nic się nie martwiła. Pomyśl raczej o swojej mamie.
Dziewczyna popatrzyła na niego. Jeszcze przed momentem była spięta, jakby każdy kolejny krok wymagał od niej świadomej decyzji. Teraz jego dotyk działał na nią niemal natychmiast. Nie rozwiązywał problemu, nie zmieniał sytuacji Rosy, ale pozwalał jej choć na chwilę przestać wszystko kontrolować.
Skinęła głową.
— Dobrze.
Tavo opuścił dłoń z jej policzka, ale nie odsunął się. Kiedy ruszyli korytarzem, objął ją ramieniem w pasie i przyciągnął lekko do siebie, jakby ten gest był czymś zupełnie naturalnym.
Lucia nie zaprotestowała. Przeciwnie, przez moment pozwoliła sobie oprzeć się o niego odrobinę mocniej.
I właśnie w tym było coś nowego.
Nie w samym dotyku — ten między nimi dawno przestał być czymś niezwykłym. Nowe było to, że coraz mniej potrzebowali powodu, żeby się dotknąć. Tavo nie zastanawiał się już, czy może położyć dłoń na jej ramieniu, pogładzić ją po włosach albo przyciągnąć do siebie, kiedy widział, że znowu zaczyna się rozpadać. Lucia również coraz rzadziej traktowała jego dotyk jak coś, na co musi świadomie sobie pozwolić.
Nie znaczyło to jeszcze, że wszystko między nimi zostało nazwane. Ale ich ciała coraz częściej zachowywały się tak, jakby odpowiedź na to pytanie już znały.
W samochodzie
W samochodzie było ciszej niż w szpitalu, ale już bez napięcia. Oboje dopiero teraz pozwolili sobie przestać udawać, że ten dzień jeszcze czegoś od nich wymagał.Lucia oparła głowę o szybę już po kilku minutach jazdy. Najpierw ostrożnie, sprawdzając, czy rzeczywiście może sobie na to pozwolić. Potem ciężar dnia zrobił swoje. Miała półprzymknięte oczy, ale jeszcze nie spała. Trwała w tym szczególnym stanie zawieszenia, w którym ciało zaczyna odpuszczać, podczas gdy myśli wciąż próbują nadążyć za wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich godzin.
Tavo prowadził spokojnie. Co jakiś czas zerkał na nią kątem oka, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby kontroli. Widział, jak bardzo jest zmęczona — nie tylko fizycznie, ale w tym głębszym sensie, jakby po całej dobie napięcia nie zostało w niej już nic, co mogłoby dłużej utrzymywać ją w pionie.
— Możesz się przespać — powiedział w końcu ciszej, nie chcąc naruszyć tego, co już zaczynało się w niej rozpadać w coś spokojniejszego.
Lucia nie odpowiedziała od razu. Jeszcze przez chwilę walczyła z odruchem bycia „w porządku”. Wyprostowała plecy, zacisnęła palce na materiale kurtki. Ale samochód był ciepły, ruch jednostajny, a jego głos nie niósł w sobie żadnego nacisku. Ciało w końcu przyznało, że ma dość.
— Nie zasnę — mruknęła w końcu, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania.
— Już prawie — odpowiedział spokojnie, bez uśmiechu, stwierdzając fakt.
Lucia odwróciła głowę w jego stronę. Przez krótką chwilę patrzyła na niego tak, jakby chciała sprawdzić, czy to nadal ten sam Tavo, który jeszcze kilkanaście godzin wcześniej trzymał ją w szpitalnym korytarzu.
Nie powiedziała nic. Po prostu pozwoliła, żeby głowa ponownie oparła się o szybę, tym razem bez najmniejszego oporu. Oddech stopniowo jej się wyrównał. Ramiona rozluźniły się, a dłonie, jeszcze przed chwilą napięte, opadły bezwładnie na siedzenie.
Tavo zauważył to natychmiast. Nie powiedział nic. Tylko zwolnił jeszcze odrobinę, dostosowując rytm jazdy do jej zmęczenia.
Przez chwilę patrzył przed siebie, ale myśl o tym, co właśnie się działo, nie chciała odejść. Jeszcze niedawno Lucia nie pozwalała sobie przy nim na taki brak kontroli. Zawsze miała przygotowaną odpowiedź, potrafiła postawić granicę, odsunąć się, kiedy bliskość stawała się zbyt wyraźna. Teraz zasypiała obok niego, nie zastanawiając się nawet, czy może.
Może rzeczywiście chodziło tylko o zmęczenie, a może o coś więcej. Tavo nie chciał odpowiadać sobie na to pytanie. Jeszcze nie.
Jego dłoń zeszła z kierownicy niemal bez udziału świadomości. Sięgnął niżej, w stronę jej ręki leżącej bezwładnie na siedzeniu. Zatrzymał się na moment. Dopiero w tej chwili dotarło do niego, co właściwie zamierza zrobić.
Potem dotknął jej palców bardzo lekko. Nie chciał jej budzić. Nie chciał też sprawdzać, czy mu na to pozwoli. Tym razem nie chodziło przecież o to, żeby ją uspokoić albo ochronić. Chciał po prostu poczuć jej dłoń pod swoją, a gdy to zrobił, nie potrafił jej cofnąć.
Lucia poruszyła palcami. Nie otworzyła oczu. Jej dłoń pozostała tam, gdzie była, a po chwili jeden z jej palców niemal nieświadomie przesunął się po jego dłoni.
Tavo znieruchomiał. To mógł być przypadek. Ruch kogoś, kto zasypia i nie do końca kontroluje własne ciało. Nic więcej. A jednak jego serce zareagowało, zanim zdążył przypomnieć sobie wszystkie rozsądne powody, dla których powinien ten gest zakończyć.
Przez kilka sekund pozwolił sobie po prostu trzymać jej dłoń. Bez słów, bez obietnic, bez próby nadania temu znaczenia. Jej palce były ciepłe, rozluźnione, zupełnie inne niż wtedy, gdy jeszcze niedawno zaciskała je nerwowo na swojej torebce albo na jego koszuli.
I właśnie ta prostota była najbardziej niebezpieczna. Nie to, że jej dotykał. Nie to, że pozwalała mu na ten dotyk. Najtrudniejsze było to, jak naturalne zaczynało mu się to wydawać.
Mógł tak jechać dalej. Z jej dłonią pod swoją, z jej spokojnym oddechem obok i świadomością, że tym razem nie musi niczego naprawiać ani tłumaczyć. Wystarczyło, że był. Przez krótką chwilę pomyślał, że być może właśnie tego Lucia od niego potrzebowała.
A potem przypomniał sobie, że nie powinien pozwalać sobie na takie myśli. Powoli cofnął dłoń i wrócił nią na kierownicę.
Lucia nawet się nie poruszyła. Nadal spała, oparta głową o szybę, spokojna i ufna. Nie wiedziała, że kilka centymetrów dalej mężczyzna, który jeszcze niedawno potrafił tłumaczyć sobie jej obecność w swoim życiu obowiązkiem i odpowiedzialnością, po raz kolejny próbował wyznaczyć granicę między troską a czymś, czego nie umiał już tak łatwo nazwać.
Niespodzianka dla Luci
Następnego dnia Tavo również odwiózł Lucię ze szpitala do domu. Stan Rosy nadal pozostawał bez zmian, ale lekarze byli dobrej myśli i wszystko wskazywało na to, że następnego dnia będzie można przenieść ją na zwykły oddział. Sama Lucia była spokojniejsza niż poprzedniego dnia, choć zmęczenie wciąż było widoczne na jej twarzy i w sposobie, w jaki się poruszała.W salonie Emanuel oglądała telewizję. Kiedy usłyszała otwierające się drzwi, odwróciła głowę i zapytała z troską.
— Wszystko w porządku?
Lucia uśmiechnęła się blado.
— Trzymam się. Jeśli wam to nie przeszkadza, pójdę wziąć prysznic.
Tavo zamknął za nimi drzwi i zerknął na nią z lekkim uśmiechem.
— Oczywiście. Czyści ludzie nigdy nikomu nie przeszkadzali. Idź.
Lucia roześmiała się cicho. Był to krótki, spontaniczny śmiech, zupełnie niepasujący do ostatnich trzech dni, a jednak Tavo poczuł, jak coś w nim mięknie na ten dźwięk. Jeszcze niedawno jej twarz była niemal nieustannie napięta, a teraz udało mu się wywołać na niej choć odrobinę zwyczajnej radości.
Lucia odwróciła się i ruszyła w stronę swojego pokoju.
Emanuel spojrzała na Tavo znacząco. Dopiero wtedy przypomniał sobie, co przyszło tego dnia do agencji.
— Lucia, czekaj.
Dziewczyna odwróciła się z pytającym spojrzeniem.
Tavo podszedł do niej i, zanim zdążyła zapytać, objął ją dłonią w pasie. Gest był tak naturalny, że sam zorientował się, co zrobił, dopiero kiedy poczuł pod ręką ciepło jej ciała. Lucia również na moment zamarła, ale nie odsunęła się. Przeciwnie, pozwoliła, by spokojnie zawrócił ją w stronę salonu.
— Chodź. Mamy dla ciebie niespodziankę.
W jego głosie pojawiło się coś lekkiego, niemal chłopięcego. Lucia pozwoliła mu poprowadzić się z powrotem, a kiedy Emanuel przesunąła się na kanapie, robiąc jej miejsce, usiadła obok niej.
— Dla mnie?
— Dla ciebie — potwierdziła Emanuel.
Tavo usiadł z drugiej strony Lucii. Przez chwilę cała trójka znalazła się obok siebie, a pilot spoczywał w dłoni blond modelki.
— Nie bój się. Jesteś gotowa? — zapytała.
Lucia spojrzała zaciekawiona na ekran, a potem na nią.
— Tak. Dawaj.
Emanuel włączyła nagranie.
Na ekranie pojawiły się pierwsze ujęcia z Iguazú. Obrazy były piękne, dynamiczne, pełne światła i ruchu, a Lucia niemal natychmiast przestała myśleć o szpitalu. Oglądała w skupieniu, rozpoznając kolejne kadry, własne gesty i spojrzenia, które teraz, zmontowane w całość, wyglądały zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy powstawały.
Tavo siedział obok niej i również patrzył na ekran, ale co jakiś czas jego wzrok przesuwał się z obrazu na Lucię. Obserwował zmianę, jaka zachodziła w jej twarzy. Z każdym kolejnym ujęciem pojawiało się w niej coraz więcej dawnej siebie — tej dziewczyny, którą znał z agencji, zanim szpital, strach i bezsenne noce sprawiły, że jej oczy nauczyły się przede wszystkim lęku.
Kiedy na ekranie pojawiło się jedno z bardziej efektownych ujęć, Lucia uśmiechnęła się pod nosem.
Tavo przyjrzał się jej. I tym razem nie był to spojrzenie właściciela agencji oceniającego efekt pracy. Patrzył na nią z czułością, której sam już nie próbował nawet do końca ukrywać przed sobą.
Właśnie wtedy do domu weszła Kuka.
— Cześć.
Lucia i Tavo niemal jednocześnie odwrócili głowy w jej stronę.
— Cześć — odpowiedziała Emanuel z entuzjazmem. — Chodź, popatrz na Lucię.
Kuka podeszła bliżej i przez moment stała za kanapą. Na ekranie nadal pojawiała się Lucia — piękna, pewna siebie, zupełnie inna od tej zmęczonej dziewczyny, którą Kuka widziała jeszcze wczoraj w szpitalu.
Zerkneła na Tavo i wtedy poczuła to znajome, nieprzyjemne ukłucie. Naprawdę nie chodziło nawet o Lucię. Bolało ją to, jak Tavo patrzył na dziewczynę.
Kuka znała jego spojrzenie od lat. Wiedziała, kiedy był rozbawiony, kiedy oceniał sytuację, kiedy był zły albo kiedy coś go martwiło. Wiedziała też, jak zmieniało się, kiedy patrzył na kobietę, która naprawdę go interesowała. Tyle że teraz po raz pierwszy zobaczyła w nim coś, czego sama nigdy od niego nie dostała. Tę miękkość, z jaką zatrzymywał wzrok na Lucii, jakby sama jej obecność była dla niego czymś ważnym. Jego uwaga sama wracała do niej nawet wtedy, gdy powinien skupiać się wyłącznie na ekranie.
Kuka przypomniała sobie wszystkie lata spędzone obok Tavo i nagle uświadomiła sobie, jak bardzo różniło się to, co było między nimi, od tego, co właśnie widziała. Przy niej zawsze był opanowany, pewny siebie, czasem ciepły, czasem żartobliwy, ale nigdy nie pozwalał sobie na tę swobodę, którą teraz widziała przy Lucii. Nie chodziło nawet o konkretny gest. Najbardziej uderzało ją to, jak naturalnie przychodziło mu szukanie jej bliskości.
I właśnie to bolało najbardziej. Nie Lucia. Nie nawet myśl, że między nimi mogło wydarzyć się coś więcej. Bolała ją świadomość, że Tavo potrafił patrzeć na inną kobietę z czułością, której przez wszystkie te lata tak bardzo pragnęła od niego dla siebie.
Reklama dobiegła końca. Emanuel wyłączyła telewizor i przez chwilę wszyscy siedzieli w ciszy.
— Jakie to piękne — powiedziała z zachwytem. — Szkoda, że kampania już się zakończyła.
Tavo i Lucia spojrzeli na siebie. Oboje przez chwilę wrócili myślami do tamtych dni — do światła, wodospadów, wspólnych godzin na planie i wszystkich drobnych chwil, które wtedy wydawały się po prostu częścią pracy. Dzisiaj, kiedy oglądali je z perspektywy czasu, pamiętali przede wszystkim, jak dobrze było wtedy być razem. Wszystko wydawało się prostsze, bardziej naturalne. Nie musieli zastanawiać się nad każdym gestem ani nad tym, dlaczego tak dobrze czują się w swoim towarzystwie. Po prostu byli obok siebie i cieszyli się tym czasem.
Lucia uśmiechnęła się lekko. Tavo odpowiedział jej tym samym. W tym krótkim spojrzeniu nie było żalu. Było raczej ciepło wspomnienia i coś, co oboje zachowali w sobie, nawet jeśli żadne z nich nie potrafiło jeszcze powiedzieć tego na głos.
Przez sekundę oboje zdawali się zupełnie zapominać, że nie są sami. Dopiero po chwili opuścili wzrok.
Emanuel spojrzała na Kukę.
— No i jak ci się podobało?
Kuka odłożyła klucze na stolik i przez chwilę jeszcze skupiła się na Lucii. Dziewczyna wyglądała na wyraźnie szczęśliwszą niż wtedy, gdy Kuka żegnała ją w szpitalu. Po raz pierwszy od kilku dni na jej twarzy było coś więcej niż zmęczenie i lęk.
Kuka uśmiechnęła się lekko.
— Tak. Szkoda, że się skończyła.
Powiedziała to spokojnie, a potem zerknęła jeszcze raz na ekran, jakby rzeczywiście chciała zatrzymać w pamięci ten obraz. Jednak kiedy jej wzrok przesunął się na Tavo, uśmiech na moment zniknął.
Z jednej strony chciała odwrócić wzrok i nie patrzeć na to, co działo się między nimi. Z drugiej — trudno było nie cieszyć się widokiem Lucii, która po kilku dniach strachu i bezsenności po raz pierwszy wyglądała tak, jakby naprawdę mogła odetchnąć. Kuka potrafiła cieszyć się jej szczęściem. Bolało ją tylko to, że Tavo patrzył na Lucię w sposób, którego przez lata nie zobaczyła skierowanego na siebie.
— Pójdę się położyć — powiedziała i ruszyła w stronę schodów, ale zanim zniknęła za drzwiami, zatrzymała się jeszcze na moment.
— Lucia, odpocznij trochę, dobrze?
Dziewczyna podniosła na nią wzrok i skinęła głową.
— Dobrze.
Kuka uśmiechnęła się do niej ciepło, choć w oczach miała cień czegoś, czego Lucia nie potrafiła odczytać. Jej dobry humor zgasł niemal natychmiast.
Tavo zauważył to pierwszy. Nie zapytał, co się stało. Po prostu położył dłoń na jej plecach i zaczął powoli, uspokajająco pocierać materiał ubrania, tak jak robił to wcześniej w szpitalu.
Lucia spojrzała na niego. W jego twarzy nie było już ani odrobiny rozbawienia. Została tylko troska — tak naturalna, że nie musiał ubierać jej w słowa.
Dziewczyna spuściła wzrok. W jednej chwili wróciło do niej wszystko, o czym jeszcze przed momentem próbowała nie myśleć: szpital, matka, zmęczenie, a teraz także świadomość, że Kuka mogła zobaczyć między nimi coś, czego sama Lucia wciąż nie potrafiła nazwać.
Tavo nie przerywał. Jego dłoń pozostawała na jej plecach, spokojna i ciepła. Lucia pozwoliła sobie oprzeć się o ten gest, choćby na kilka sekund. Nie musiał pytać, czy wszystko jest w porządku. Oboje wiedzieli, że nie jest.
Tym razem jednak nie potrzebowała odpowiedzi. Wystarczyła jej pewność, że kiedy wszystko znowu zaczynało ją przerastać, nie musi już przez to przechodzić sama.

Super się czyta.Pozdrawiamy
OdpowiedzUsuń