Alternatywna historia - Rozdział 5 - klucze do domu Tavo

Wieczorem, zanim położyła się spać, Lucia zadzwoniła do matki.

Rozmawiały chwilę o zwyczajnych sprawach. O pracy, o pogodzie, o sąsiadce, która znowu narzekała na hałas dochodzący z ulicy. Dopiero kiedy zapadła krótka cisza, Lucia przypomniała sobie, po co właściwie dzwoniła.

— Mamo... chciałam cię o coś zapytać.

— O co?

Lucia przez moment szukała odpowiednich słów.

— Dowiedziałam się, że Kuka kiedyś urodziła córeczkę i była zmuszona ją oddać. Od lat jej szuka.

Po drugiej stronie zapadło milczenie.

— Wiem tylko, że wszystko wydarzyło się w San Ignacio. Pomyślałam... to przecież niewielka miejscowość. Może kiedyś coś słyszałaś? Jakąś plotkę... czyjąś historię?

Rosa nie odpowiedziała od razu.

— San Ignacio... — powtórzyła cicho.

Lucia mówiła dalej, nie zauważając jeszcze tej zwłoki.

— Dziewczyna jest z mojego rocznika. Pomyślałam, że zapytam, jeśli miałoby to pomóc Kuce w poszukiwaniach.

Po drugiej stronie słuchawki rozległo się ciche westchnienie.

— Nie... nic sobie nie przypominam.

Odpowiedź padła zbyt szybko.

Lucia zmarszczyła lekko brwi.

— Jesteś pewna?

— Tak. Minęło tyle lat... Ludzie opowiadali różne rzeczy, ale nic takiego nie pamiętam.

Jej głos pozostał spokojny, jednak Lucia miała dziwne wrażenie, że matka mówi ostrożniej niż zwykle. Jakby każde kolejne słowo ważyła odrobinę dłużej.

Nie drążyła.

— Dobrze. Gdybyś jednak coś sobie przypomniała...

— Powiem ci.

Pożegnały się.

Rosa odłożyła słuchawkę znacznie wolniej, niż zwykle. Przez dłuższą chwilę siedziała nieruchomo, wpatrując się w ciemne okno. Dopiero po chwili zamknęła oczy i cicho wypuściła powietrze z płuc. To było pytanie, którego od lat bała się usłyszeć.


-------------


Restauracja na rogu była jednym z tych miejsc, do których trafiało się bez większego planu. Blisko agencji, wystarczająco spokojna, żeby można było porozmawiać, a jednocześnie na tyle zwyczajna, że nie wymagała żadnych specjalnych okazji. Tavo wybrał ją właśnie dlatego. Po ostatnich dniach pełnych napięcia, kolejnych podchodów Ocampo i poczucia, że każdy ruch agencji jest obserwowany z zewnątrz, chciał choć na chwilę usiąść z Kuką przy jednym stole i przypomnieć sobie, że zanim pojawiły się problemy, byli przede wszystkim przyjaciółmi i wspólnikami.

Od kilku dni widział, jak bardzo wszystko ją obciążało. Kuka zawsze sprawiała wrażenie osoby silniejszej niż inni, takiej, która potrafi poradzić sobie ze wszystkim, ale on znał ją zbyt dobrze, żeby nie zauważyć zmęczenia ukrytego pod spokojem.

Przez pierwsze kilkanaście minut naprawdę było dobrze. Rozmawiali o agencji, o planach na kolejne tygodnie, nawet kilka razy udało im się zaśmiać. Tavo poczuł, że może wreszcie odetchnąć.

90-60-90 modelos Kuka y Tavo



A potem pojawiła się Cecylia. Nie zapowiedziała się, nie pytała, czy może się dosiąść. Po prostu zobaczyła Tavo i uznała, że to wystarczający powód, żeby zmienić swoje plany.

Początkowo próbował zachować uprzejmość. Uśmiechnął się, zamienił kilka zdań, odpowiedział na pytania. Ale z każdą kolejną minutą coraz wyraźniej czuł, że atmosfera, którą chciał stworzyć tego wieczoru, znika.

Cecylia mówiła dużo, głośno i z pewnością osoby, która nie zauważa, kiedy druga strona przestaje być zainteresowana rozmową. Nachylała się w jego stronę, śmiała się z własnych żartów, dotykała jego ramienia przy najdrobniejszej okazji.

Tavo znosił to cierpliwie, ale jego myśli coraz częściej uciekały gdzie indziej. Do agencji. Do problemów, które nadal czekały. Do Lucii.

I właśnie to ostatnie najbardziej go zaskakiwało. Wtedy pojawiał się ten sam niepokój, który ostatnio coraz częściej próbował od siebie odsuwać. Bo myśl o niej przychodziła z łatwością, zbyt naturalnie. A rzeczy, które przychodzą tak łatwo, czasem bywają tymi, przed którymi trzeba najbardziej uważać.

Jeszcze niedawno nie pozwoliłby sobie nawet pomyśleć o niej w taki sposób. Teraz coraz częściej łapał się na tym, że zastanawia się, co robi, czy wróciła już do domu, czy ten trudny dzień był dla niej równie ciężki jak dla niego. Nie chciał analizować tego uczucia, bo wiedział, że im dłużej się nad nim zatrzymuje, tym trudniej będzie udawać, że nic się nie zmieniło.

Kuka obserwowała go przez chwilę w milczeniu. Widziała więcej, niż Tavo chciał pokazać. Widziała jego roztargnienie, to, że nie słucha już tak naprawdę rozmowy. Ale nie skomentowała tego. Wiedziała, kiedy należy pytać, a kiedy po prostu zostawić człowiekowi przestrzeń.

Po pewnym czasie odsunęła krzesło.

— Muszę wracać do biura — powiedziała spokojnie.

Tavo spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem.

— Coś pilnego?

— Nie. Po prostu zostało jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.

Nie powiedziała, że prawdziwym powodem było to, że nie chciała dłużej siedzieć przy stole, przy którym dawno już przestało być tak, jak na początku. Nie chciała też, żeby Tavo czuł się winny. Wystarczyło, że widziała jego zmęczenie.

Pożegnała się krótko i wyszła.


---------------


W agencji panowała zupełnie inna atmosfera niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Budynek powoli pustoszał, światła w większości pomieszczeń były już wygaszone, a odgłosy pracowników zastąpiła spokojna cisza końca dnia.

Kuka weszła do gabinetu Tavo, chcąc zabrać kilka dokumentów, które zostawiła wcześniej. Nie spodziewała się, że zatrzyma ją drobiazg leżący na biurku.

Klucze.

Przez chwilę patrzyła na nie z niedowierzaniem. To było tak typowe dla Tavo — pamiętać o wszystkim, zajmować się dziesiątkami spraw naraz, a jednocześnie zapominać o najprostszych rzeczach. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, choć bardziej z czułości niż rozbawienia.

Wtedy usłyszała otwierające się drzwi. Odwróciła się i zobaczyła wchodzącą Lucię. Zaskoczona dziewczyna zatrzymała się w progu, widząc ją w środku.

— Przepraszam.

Od razu zrobiła krok w tył, gotowa wyjść. Nie dlatego, że miała coś do ukrycia, ale dlatego, że w ostatnim czasie nauczyła się ostrożności. Zbyt wiele razy jej dobre intencje były źle odczytywane, zbyt często ktoś dopowiadał własną historię tam, gdzie ona sama jeszcze próbowała zrozumieć swoje uczucia. Przy Kuce szczególnie uważała, bo wiedziała, że kobieta widzi więcej, niż mówi.

Kuka jednak odezwała się szybciej.

— Lucia, szukasz Tavo?

Lucia odwróciła się.

— Tak, ale to nic pilnego. Przyjdę później.

W jej głosie pojawiła się ta sama ostrożność, którą Kuka zauważała u niej od pewnego czasu. Lucia zawsze zostawiała sobie możliwość wycofania się — pół kroku w tył, jedno zdanie, które pozwalało udawać, że nic się nie stało. Jakby nawet niewielkie przyznanie, że ktoś jest dla niej ważny, było czymś, czego należało pilnować.

Kuka przyjrzała jej się uważniej. Nie zrobiła tego z ciekawości ani podejrzliwości. Po prostu znała Tavo wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że kiedy zamyka się w sobie, zwykle nie mówi o tym nikomu. A Lucia była jedną z niewielu osób, przy których ostatnio widziała go po prostu spokojniejszego.

Przez chwilę zastanawiała się, czy powiedzieć coś więcej. Mogła przecież po prostu stwierdzić, że Tavo nie wygląda dobrze, że może przydałoby mu się czyjeś towarzystwo. Ale znała Lucię. Wiedziała, że takie słowa sprawiłyby tylko, że dziewczyna zaczęłaby się zastanawiać, dlaczego akurat ona miałaby tam iść.

Kuka wiedziała, że Lucia była z tych osób, które łatwiej było poprosić o przysługę niż pozwolić im zrobić coś z własnej potrzeby. Kiedy chodziło o innych, nie zastanawiała się długo. Kiedy chodziło o nią samą — zawsze znajdowała powód, żeby się wycofać.

— Nie, czekaj.

Podeszła do biurka i wzięła klucze.

— Widziałam go w restauracji, tej na rogu.

Lucia spojrzała na nią pytająco. Przez moment zastanawiała się, dlaczego Kuka jej to mówi. Czy po prostu chciała przekazać jej informację, czy może naprawdę uważała, że to ona powinna tam pójść. Ta druga możliwość wywołała w niej dziwne ukłucie niepokoju, bo oznaczała, że ktoś jeszcze zauważył coś, co ona sama tak bardzo próbowała ignorować.

— Wyglądał na zagubionego, nieszczęśliwego.

Te słowa zatrzymały ją bardziej, niż chciała pokazać. Tavo nieszczęśliwy? Przecież jeszcze kilka dni temu siedział obok niej w parku i mówił, że przy niej czuje się dobrze. A jednak wiedziała, że jeden spokojny moment nie sprawia, że wszystkie jego problemy znikają.

Kuka wyciągnęła do niej klucze.

— Dlaczego do niego nie pójdziesz? Przecież się przyjaźnicie. I przy okazji dasz mu klucze, bo zapomniał.

Dla Kuki nie było w tym nic niezwykłego. Nie widziała dziewczyny przekraczającej jakąś granicę ani kobiety próbującej znaleźć pretekst, żeby zbliżyć się do mężczyzny. Widziała dwie osoby, które przez ostatnie tygodnie nauczyły się na sobie polegać.

Nie powiedziała tego jednak na głos. Lucia i tak miała wystarczająco dużo powodów, żeby się wycofywać. Dlatego podała jej tylko klucze, zwykły, praktyczny powód, za którym można było ukryć coś znacznie trudniejszego do przyznania.

Lucia zawahała się tylko przez chwilę, bo wiedziała, że Kuka ma rację. A jednocześnie wiedziała też, że dla niej to już dawno przestało być takie proste.

Wzięła klucze i zważyła je w dłoni. Były zwyczajne, ciężkie od metalu, chłodne w dotyku. A jednak w tej chwili dawały jej coś, czego sama sobie jeszcze nie potrafiła dać, pretekst, żeby pójść do niego. Wcześniej bała się każdego gestu, który mógłby zdradzić, jak wiele dla niej znaczy. Teraz trzymała w dłoni coś tak prostego jak klucze i właśnie dzięki nim mogła zrobić krok, na który sama nigdy by się nie odważyła.

Jeszcze niedawno Tavo oddawał jej swój czas, cierpliwość i uwagę, nie oczekując niczego w zamian. Był obok wtedy, kiedy ona sama nie potrafiła stanąć na nogach. Teraz po raz pierwszy miała okazję zrobić coś dla niego. Nie jako pracownica agencji. Nie jako ktoś, komu trzeba pomóc. Po prostu jako osoba, której zależało.

— Dobrze.

Kuka uśmiechnęła się lekko. Nie zauważyła tego krótkiego momentu wahania. Nie widziała, ile emocji kryło się za tym jednym słowem. Widziała tylko Lucię, która chciała pomóc człowiekowi ważnemu dla nich obu.

Jeszcze niedawno wydawało jej się, że między nimi wszystko układa się w jeden schemat — on pomagał jej, a ona przyjmowała tę pomoc, czasem wdzięczna, czasem zawstydzona własną bezradnością. Teraz po raz pierwszy mogła dać mu coś od siebie. Nie rozwiązanie problemów, nie wielkie słowa. Tylko obecność. Tę samą, którą on dawał jej tyle razy, kiedy nie umiała poprosić o nic.


------------


Lucia weszła do restauracji z zamiarem, który jeszcze kilka minut wcześniej wydawał jej się prosty. Miała oddać klucze, powiedzieć kilka słów i wrócić do agencji albo do domu, zanim zdąży zrobić z tej zwykłej przysługi coś bardziej skomplikowanego. Przez całą drogę próbowała sobie przypominać, że właśnie tym to było. Przysługą. Niczym więcej.

A jednak kiedy otworzyła drzwi restauracji i zobaczyła Tavo siedzącego przy jednym ze stolików w głębi sali, zatrzymała się na moment. Dlatego, że zobaczyła jego twarz.

Cecylia siedziała naprzeciwko niego i mówiła coś z ożywieniem, trzymając dłoń na ozdobnym wazonie stojącym między nimi. Wyglądała na zupełnie zadowoloną z siebie, jakby wszystko wokół niej układało się dokładnie tak, jak sobie zaplanowała.

Tavo natomiast wyglądał inaczej. Nie był zły. Nie był nawet wyraźnie zirytowany. Ale Lucia znała już ten wyraz twarzy. Widziała go wcześniej, w chwilach, kiedy próbował być uprzejmy, kiedy nie chciał nikogo zranić, a jednocześnie coraz bardziej zamykał się w sobie.

— Tak, ładny — powiedział właśnie Tavo, patrząc na wazon z lekkim powątpiewaniem. — Ale nie wiem, gdzie mógłbym go postawić.

Cecylia uśmiechnęła się, jakby wcale nie usłyszała w jego głosie braku entuzjazmu.

— Jeśli ci się nie podoba, mogę go jutro oddać. Sprzedawca jest moim znajomym, więc nie ma problemu. Ale dzisiaj może on zostać u ciebie w domu?

Tavo nie odpowiedział od razu. Jego wzrok uciekł gdzieś poza nią, a Lucia przez chwilę miała wrażenie, że nawet nie słyszy jej słów.

— Hej!

Dopiero wtedy drgnął i wrócił spojrzeniem do Cecylii.

— Co się z tobą dzieje?

Tavo sam nie wiedział, kiedy dokładnie zaczął być tak zmęczony. Ostatnie dni zlewały się w jeden długi ciąg rozmów, dokumentów i problemów, które wydawały się nie mieć końca. Sprawa z Ocampo zabierała mu więcej energii, niż chciał przyznać, a nocami zamiast odpoczywać, wracał myślami do kolejnych możliwych rozwiązań. Wiedział, że powinien cieszyć się chwilą spokoju, ale nawet tutaj nie potrafił do końca odciąć się od napięcia. A sposób, w jaki Cecylia próbowała przyciągnąć go do swojej wizji życia, zamiast mu pomóc, tylko sprawiał, że czuł się jeszcze bardziej przytłoczony.

— Nic. Po prostu jestem zmęczony. Miałem ciężki dzień.

Lucia patrzyła na niego jeszcze przez chwilę. Wiedziała, że powinna po prostu podejść, oddać klucze i wyjść. Tak zrobiłaby jeszcze niedawno.

Ale to Tavo był tym, który zatrzymywał się przy niej. To on zauważał, kiedy udawała, że wszystko jest dobrze. To on dawał jej czas, kiedy nie umiała powiedzieć, czego potrzebuje.

A teraz po raz pierwszy to ona widziała, że on czegoś potrzebuje. Nie wielkiej rozmowy czy rozwiązania problemów. Po prostu kogoś, przy kim nie musiałby udawać.

— Właśnie dzisiaj? Wiem, czego ci brakuje.

W głosie Cecylii zabrzmiała ta pewność siebie, którą Tavo znał aż za dobrze. Był w nim flirt, ale też przekonanie, że doskonale wie, czego mu potrzeba. Nachyliła się bliżej, uśmiechając się znacząco, jakby odpowiedź była oczywista i nie wymagała żadnych słów.

90-60-90 modelos Lucia



W tym samym momencie Lucia podjęła decyzję. Nie dlatego, że miała gotowy plan albo wiedziała, co powinna zrobić. Po prostu nie potrafiła odejść, widząc go w takim stanie. Zanim zdążyła zastanowić się, czy to rozsądne, jej nogi już prowadziły ją w stronę stolika. Klucze, które jeszcze chwilę temu wydawały się najważniejszym powodem jej wizyty, zniknęły głęboko w kieszeni spodni.

Pojawiła się przy stoliku niemal bez zastanowienia i usiadła obok Tavo. Dopiero kiedy już to zrobiła, uświadomiła sobie, jak blisko niego jest. Jej ramię dotykało jego ramienia, a między nimi została odległość, której nie wybrałaby, gdyby wcześniej próbowała ją zmierzyć. Ale teraz nie chciała się odsunąć.

— Cześć, jak się macie?

Powiedziała to z młodzieńczą beztroską. W jej głosie nie było ani śladu skrępowania, żadnego usprawiedliwienia za to, że pojawiła się nagle. Przez moment można było nawet pomyśleć, że naprawdę nie zauważyła napięcia, które jeszcze chwilę wcześniej wisiało nad stolikiem.

Cecylia odsunęła się, wyraźnie zaskoczona.

Tavo natomiast patrzył na Lucię. Sama jej obecność sprawiła, że poczuł się lżej. Odruchowo oparł ramię na oparciu jej krzesła. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, jak naturalny był ten gest. Jakby jego ciało szybciej niż myśli przypomniało sobie, że przy Lucii nie musi zachowywać dystansu. Poczuł ciepło jej ramienia i bliskość, której nie spodziewał się tego wieczoru. Wiedział tylko jedno, Lucia nie zrobiłaby tego bez powodu. Nie przyszłaby tutaj i nie usiadłaby tak blisko, gdyby chciała powiedzieć mu coś zupełnie zwyczajnego. Czuł, że za tym gestem kryło się coś więcej.

— Lucia… co ty tu robisz?

Nie spuszczał z niej wzroku.

— Muszę z tobą porozmawiać.

Powiedziała to tak naturalnie, z tym samym lekkim uśmiechem, który czasami potrafił całkowicie zmienić jego dzień.

Tavo prawie się uśmiechnął. Prawie. Bo wiedział, że coś jest nie tak. Lucia miała w sobie coś zbyt swobodnego, zbyt starannie przygotowanego.

Zanim zdążył o to zapytać, jej uwagę przyciągnął wazon. Wzięła go do ręki i przyjrzała mu się z poważną miną.

— O jaki paskudny dzban…

Tavo spojrzał na nią i po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę się uśmiechnął. Nie wiedział, czy Lucia zrobiła to specjalnie, czy nie. Jedno zdanie wystarczyło, żeby przypomnieć mu, dlaczego przy niej wszystko wydawało się prostsze.

Cecylia uniosła brwi.

— Ostrożnie, moja droga. To dzieło sztuki.

Lucia odstawiła wazon i pogładziła go dłonią z udawaną troską.

— Wybacz. Nie mam zbyt dużej wiedzy na temat dzieł sztuki.

Tavo nadal się uśmiechał. Lucię uderzyło to jak bardzo brakowało jej dzisiaj tego widoku.

— Więc o czym chciałaś ze mną porozmawiać? — zapytał, bo chciał dać jej przestrzeń. Jednocześnie ciekawiło go, dlaczego przyszła właśnie teraz i dlaczego miał wrażenie, że za jej lekkim uśmiechem kryje się coś więcej. Lucia rzadko mówiła wprost, szczególnie wtedy, kiedy coś naprawdę było dla niej ważne.

Lucia spojrzała na niego. W tamtej chwili żałowała, że nie przygotowała sobie żadnego planu. Żadnego zdania, którego mogłaby się trzymać. Chciała tylko, żeby Tavo zrozumiał. Nie Cecylia, nie ktoś stojący obok. Tylko on. Chciała przypomnieć mu tamten dzień, tamte chwile, które dla niej znaczyły więcej, niż powinna była pozwolić sobie przyznać.

— A tak… o wodospadach.

Tavo zmarszczył lekko brwi. Znał ją już wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy coś się nie zgadzało.

— O wodospadach?

— Dzwonił Figueras.

90-60-90 modelos Lucia y Tavo



Tavo wiedział o kim mowa, pamiętał szczegóły kontraktu, który zrealizowali ponad dwa miesiące wcześniej. Ich współpraca dawno się zakończyła i nie było żadnego powodu, dla którego nagle miałby wracać do tamtej kampanii. A jednak Lucia mówiła to z takim przekonaniem, że nie potrafił od razu jej przerwać. W jej głosie było coś znajomego. Ta sama ostrożność, którą zauważał u niej od pewnego czasu. Jakby mówiła jedno, ale jednocześnie czekała, czy on usłyszy coś więcej. Nie wiedział jeszcze co.

— Figueras?

— Tak. I wspominał wodospady.

Przez chwilę patrzyli na siebie bez słów. Restauracja przestała dla nich istnieć. Był tylko jej wzrok i ten sposób, w jaki wypowiedziała kilka prostych słów. Tavo poczuł znajome ukłucie w sercu. Wodospady nie były tylko miejscem ani wspomnieniem reklamy. Były chwilą, kiedy pierwszy raz zobaczył Lucię inaczej. Kiedy po raz pierwszy przestał widzieć w niej tylko młodą modelkę, którą chciał chronić. I nagle zrozumiał, że ona nie mówi o telefonie od Figuerasa. Mówi o nich.

Lucia przez chwilę miała wrażenie, że wszystko układa się dokładnie tak, jak chciała. Że wystarczy jedno spojrzenie, jedno wspomnienie, a on zrozumie. Ale kiedy zobaczyła jego zawahanie, poczuła nagły chłód, a uśmiech zniknął z jej twarzy.

Nagle poczuła, że może się pomyliła. Że być może tylko ona zatrzymała ten dzień w pamięci. Dla niego wodospady były pięknym wyjazdem, udaną reklamą, wspomnieniem z pracy. A dla niej były czymś więcej.

Tak samo mogło być z rozmową w parku. Ona pamiętała każde słowo. To, jak na nią patrzył, gdy zamykał pudełko z wisiorkiem w jej dłoni. To, że przy nim czuła się bezpiecznie i lekko.

Ale może Tavo widział w niej tylko przyjaciółkę, której chciał pomóc.

— Nie zapomniałeś o nich, prawda?

Tavo nie odpowiedział od razu, bo przez moment wrócił tam, gdzie od tygodni wracał każdego dnia: do szumu wody, do jej uśmiechu, do chwili, kiedy wszystko wokół przestało mieć znaczenie.

Nie zapomniał. Nie potrafiłby. Tamten dzień wracał do niego częściej, niż chciał przyznać. Czasem wystarczył jeden gest Lucii, jedno spojrzenie albo zwykłe zdanie wypowiedziane jej głosem, żeby znów znaleźć się tam, przy wodospadach.

Cecylia przyglądała im się uważniej. Jeszcze chwilę wcześniej była pewna swojej pozycji, pewna, że to ona zna Tavo najlepiej. Teraz jednak widziała coś, czego nie mogła zignorować. Sposób, w jaki na siebie patrzyli. Bliskość, która pojawiła się między nimi bez żadnego wysiłku.

Pamiętała przecież tamten dzień, kiedy znalazła Lucię w sypialni Tavo, ubraną w jego koszulę. Pamiętała też, że niedługo potem z nią zerwał. Wtedy chciała wierzyć, że to tylko chwilowe zamieszanie. Teraz pierwszy raz poczuła, że może chodzić o coś więcej.

— Okej. Wzbudziliście moje zainteresowanie. Więc co się tam wydarzyło?

Tavo powoli cofnął rękę z oparcia krzesła Lucii i położył na stole. Lucia zauważyła ten ruch i przez chwilę pomyślała, że to znak, że Tavo chce się od niej odsunąć. Nie wiedziała, że on po prostu próbował odzyskać kontrolę nad sytuacją, zakończyć rozmowę z Cecylią i wyjść z miejsca, w którym od początku czuł się coraz bardziej nieswojo.

— Chodzi o reklamę, w której wystąpiła Lucia.

Dziewczyna odwróciła wzrok. Wciąż pamiętała tamten wyjazd, kiedy wszystko wydawało się prostsze. Kiedy nie musiała jeszcze zastanawiać się, co wolno, a czego nie.

Tavo spojrzał na nią jeszcze raz, a potem zwrócił się do Cecylii.

— Przepraszam, ale muszę iść. Zadzwonię.

Kobieta patrzyła na niego z rozczarowaniem, nadal nie rozumiała, dlaczego tak nagle chce wyjść. Tavo jednak tym razem nie próbował już niczego tłumaczyć. Wstał od stołu, a Lucia zrobiła to chwilę później.

— Poczekaj, ale nie zdecydowałeś jeszcze, co z tym zrobić — odezwała się Cecylia, wskazując na stojący na stole wazon.

Tavo spojrzał na niego przez moment. Jeszcze niedawno próbowałby znaleźć odpowiedź, która zadowoliłaby wszystkich. Teraz był po prostu zmęczony.

— Nie wiem. Pomyślę nad tym i dam ci znać.

Cecylia najwyraźniej nie zamierzała tak łatwo odpuścić.

— Poczekaj. Zróbmy tak. Dasz mi klucze do domu, a ja znajdę dla niego miejsce. Zrobię sobie dużą filiżankę kawy i poczekam na ciebie.

Tavo skinął głową odruchowo, bardziej chcąc zakończyć tę rozmowę niż rzeczywiście zgadzając się na jej pomysł. Sięgnął do kieszeni, ale zatrzymał się, bo była pusta. Przez moment zmarszczył brwi, jakby próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz miał je w ręku.

— Gdzie ja mam klucze?

Lucia poczuła, jak jego zguba zaczyna jej ciążyć w spodniach. Przez całą rozmowę prawie zapomniała, że je ma. Były przecież powodem, dla którego tutaj przyszła. Niczym więcej. Powinna je oddać, ale nie umiała się na to zdobyć.

Nie chodziło tylko o ten nagły, nieprzyjemny ucisk w żołądku, gdy usłyszała z pozoru niewinną propozycję Cecylii. Wiedziała, co kryło się za „poczekam na ciebie”. Nie chciała się przed sobą przyznać, ale taka perspektywa wywołała w niej silny sprzeciw.

Jednak to nie był główny powód jej milczenia. Widziała jak zmęczony był Tavo, słyszała strzępki plotek w agencji o kolejnych działaniach Ocampo. Nie musiała go znać, żeby wiedzieć, jak się to na nim odbija. Co więcej, rozmowa z Cecylią wysysała z niego siły jeszcze bardziej. Lucia chciała go ochronić przed koniecznością radzenia sobie z kobietą ponownie wieczorem.

Tavo westchnął lekko i odsunął krzesło.

— Wiesz co? Zadzwonię do ciebie.

Cecylia nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego chwyciła go za klapy marynarki i przyciągnęła w dół, do siebie. Tavo, zaskoczony, nawet nie zdążył zareagować. Kobieta pocałowała go krótko w usta.

Lucia znieruchomiała. To trwało zaledwie chwilę, ale wystarczyło, żeby poczuła nagły chłód mimo ciepła panującego w restauracji. Nie była przygotowana na ten widok. Nie po tym wszystkim, co wydarzyło się między nimi w ostatnich tygodniach.

Tavo odsunął się pierwszy. Nie było w tym geście złości ani czułości. Bardziej zaskoczenie człowieka, który nagle znalazł się w sytuacji, na którą nie wyraził zgody. Poprawił nerwowo klapy marynarki, wyraźnie zakłopotany bardziej niż zadowolony.

— Na razie, mój biznesmenie — powiedziała Cecylia z uśmiechem.

Lucia nadal milczała.

Tavo spojrzał na nią krótko i tym razem nie było w jego spojrzeniu tylko zaskoczenie. Było coś jeszcze, świadomość, że ona widziała. Przez chwilę miał ochotę coś powiedzieć. Wyjaśnić, że to nie było tym, czym mogło wyglądać. Że nie chciał tego pocałunku. Ale słowa zatrzymały się gdzieś w połowie drogi. Bo zanim zdążył znaleźć odpowiednie, zobaczył jej twarz.


-----------------


Tavo i Lucia weszli do gabinetu niemal bez słowa. Dziewczyna zatrzymała się przy biurku, wciąż odwrócona do niego plecami. Sama nie była pewna, czy powinna jeszcze zostać, czy natychmiast oddać klucze i wyjść. W środku przelewały się w niej emocje, które bardzo chciała teraz ukryć.

Tavo przyglądał się jej uważnie. Od chwili, kiedy zobaczył ją w restauracji, wiedział, że coś jest inaczej. Lucia nigdy nie pojawiała się przypadkiem. Nie w taki sposób. Nie siadała obok niego z taką determinacją, nie wspominała Iguazu tak wprost.

Ale wciąż nie miał pewności.

List, który nigdy nie trafił do jego rąk, dawał mu nadzieję, ale jednocześnie pozostawiał zbyt wiele miejsca na domysły. Mógł wierzyć, że kryło się za nim coś więcej, ale zawsze pozostawała obawa, że widzi w nim tylko to, czego sam pragnie. Lucia mogła być wdzięczna, przywiązana, czuć sympatię.

Ale teraz...

Teraz stała przed nim młoda kobieta, która przed chwilą patrzyła na Cecylię dokładnie tak, jakby chciała odsunąć ją od niego jak najdalej.

— Skąd wiedziałaś gdzie mnie znaleźć?

Lucia uniosła na niego wzrok tylko na sekundę.

— Kuka.

Tavo zmarszczył lekko brwi.

— Kuka powiedziała ci gdzie jestem?

— Tak, ale nie wiedziałam, że nie jesteś sam.

Odwróciła głowę, jakby samo wspomnienie Cecylii było dla niej zbyt nieprzyjemne.

Tavo zrobił krok w jej stronę. Nie chciał pozwolić, żeby znowu uciekła w ten sposób. Zbyt wiele razy widział, jak zamyka się w sobie dokładnie wtedy, kiedy najbardziej chciał do niej dotrzeć.

— Dobrze już.

Położył rękę na jej ramieniu i delikatnie odwrócił ją twarzą do siebie. Drugą dłonią uniósł lekko jej brodę, zmuszając ją łagodnie, żeby na niego spojrzała.

— Więc o czym…

Urwał, widząc, że jej spojrzenie znów ucieka w dół. Przez chwilę miał ochotę zapytać ją wprost, powiedzieć, że oboje doskonale wiedzą, że nie chodzi już tylko o wodospady ani o tajemniczy telefon. Wiedział jednak, że Lucia nie otworzy się pod naciskiem. Im bardziej próbowałaby ją zmusić do szczerości, tym szybciej zamknęłaby się za murem, który tak często stawiała między sobą a światem. Musiał dać jej czas. Musiał sprawić, żeby sama poczuła, że może mu zaufać.

Opuścił rękę.

— Ach, racja, o wodospadach. I co się stało? Po co dzwonił Figueres?

Lucia przez chwilę milczała. Patrzyła gdzieś obok niego, jakby szukała odpowiednich słów, ale każde kolejne wydawało się trudniejsze od poprzedniego. Mogła przecież wymyślić prostą odpowiedź. Powiedzieć cokolwiek, co zamknęłoby temat i pozwoliło jej wyjść z gabinetu bez tej nieznośnej bliskości, która pojawiła się między nimi. Przez chwilę nawet szukała takiego rozwiązania, ale nie potrafiła po raz kolejny go okłamać. Nie Tavo. Nie po wszystkim, co dla niej zrobił i po tym, jak wiele razy udowodnił, że jest jedną z niewielu osób, przy których nie musiała udawać kogoś innego.

— Nie wiem. A tak naprawdę to nie był on. Dzwonił jakiś mężczyzna, nie podał nazwiska, zapytał o agencję.

Włożyła ręce do tylnych kieszeni spodni. Ten prosty gest zdradzał więcej niż jej słowa. Próbowała znaleźć coś, czego mogłaby się chwycić, coś, co pozwoliłoby jej odzyskać kontrolę.

— To nie był on, skłamałam ci.

Jej głos był niższy niż zwykle, przytłumiony.

Tavo podejrzewał wcześniej, że klient nie dzwonił i był tylko pretekstem. Nie miał jej za złe kłamstwa. Ale czuł, że wspomnienie o wodospadach nie było przypadkowe i nadszedł czas na szczerą rozmowę o uczuciach. Jednak wiedział, że poganianie Luci nie było dobrą drogą, dlatego nie komentował.

Dziewczyna nerwowo poprawiła włosy i odwróciła głowę w bok.

— Jest mi tak strasznie wstyd.

Natychmiast zwrócił na to uwagę. Nie rozumiał jeszcze, skąd się ten wstyd bierze, ale wiedział jedno, Lucia nie udawała. Jej emocje zawsze pojawiały się szybciej niż rozsądek.

Ponownie ujął jej brodę i skierował jej twarz ku sobie.

— Czemu się wstydzisz? Nie ma tu nic co byłoby tego warte – zapewnił łagodnie.

Lucia natychmiast uciekła wzrokiem.

— Tavo, ja naprawdę nie rozumiem nic w takich rzeczach.

Zagryzła wargę nerwowo. Przed oczami stanęła jej Cecylia całująca Tavo, proponująca mu niedwuznacznie coś więcej niż dekorację domu, a jednocześnie jego zmęczone oczy i napięte od stresu ramiona.

— Czuję troskę… i gniew.

Ostatnie słowa wypowiedziała niemal szeptem. Nie brzmiały jak wyjaśnienie. Bardziej jak przyznanie się do czegoś, czego sama jeszcze nie potrafiła uporządkować.

Między nimi zapadła cisza. Nie była niezręczna. Była ciężka.

To był ten rodzaj ciszy, w której człowiek nagle słyszy własne słowa i zaczyna rozumieć ich znaczenie dopiero po fakcie. Lucia poczuła to natychmiast. Dopiero teraz dotarło do niej, co właśnie powiedziała. Nie mówiła już o telefonie. Nie mówiła o Figueresie. Mówiła o sobie.

O tym, że jego zmęczenie, jego problemy i jego samotność nie były jej obojętne. O tym, że widok innej kobiety, która tak łatwo zajmuje miejsce obok niego, wywołał w niej coś, czego nie umiała nazwać. Jej ciało napięło się lekko. To było niemal niezauważalne, ale Tavo znał ją już wystarczająco dobrze, żeby dostrzegać takie rzeczy.

Lucia zrobiła szybki ruch w stronę kieszeni. Nagle przypomniała sobie, że istnieje coś prostszego, coś bezpieczniejszego niż ta rozmowa. Wyciągnęła klucze i wcisnęła je w jego dłoń. Metal zabrzęczał cicho.

90-60-90 modelos Lucia y Tavo 2



— Proszę... weź je.

Powiedziała to zbyt szybko. Chciała zakończyć ten moment, zanim on zdąży nazwać to, co oboje właśnie zaczęli rozumieć zbyt wyraźnie.

Tavo spojrzał najpierw na klucze, potem na nią.

— Moje klucze?

Lucia skinęła głową wciąż unikając jego wzroku.

— Tak. Kiedy Cecylia poprosiła cię o nie... były w mojej kieszeni. Miałam je cały czas.

Zapadła cisza. I właśnie wtedy wszystko zaczęło układać się w całość: jej nagłe pojawienie się w restauracji, sposób, w jaki usiadła obok niego. To, że nie wspomniała ani słowem o kluczach, chociaż miała je przy sobie. Miał dobre przeczucie, że to nie był przypadek.

Tavo poczuł coś, czego nie spodziewał się poczuć. Radość, nie głośną, nie gwałtowną. Bardziej ciepłą pewność, która pojawiła się gdzieś głęboko i której nie potrafił już odsunąć.

Bo jeśli Lucia była zazdrosna… to znaczyło, że nie był jej obojętny.

A po wszystkich tygodniach niepewności, po wszystkich chwilach, kiedy zastanawiał się, czy list oznaczał coś więcej, czy tylko własne nadzieje, ten jeden gest był czymś, czego potrzebował. Potwierdzeniem.

Na jego twarzy pojawił się krótki, prawie bezwiedny uśmiech, a spojrzenie złagodniało.

— Przepraszam, o czym ty mówisz? Lucia…

Dziewczyna zareagowała natychmiast. Podniosła głowę gwałtownie, jakby samo pytanie wyrwało ją z miejsca, w którym jeszcze przed chwilą próbowała się ukryć.

— Jesteś zazdrosna?

Przez moment patrzyła na niego bez słowa. W jednym krótkim pytaniu znalazło się wszystko to, czego najbardziej nie chciała usłyszeć. Nie dlatego, że było nieprawdziwe. Dokładnie dlatego, że trafiło zbyt blisko.

Stojąc przed nim, nie potrafiła już tak łatwo uporządkować emocji.

Bo nie usiadła obok niego przypadkiem. Nie obserwowała Cecylii dlatego, że po prostu ją drażniła. Nie zataiła faktu posiadania kluczy z czystej troski o jego samopoczucie. Było w tym coś znacznie bardziej osobistego, coś, czego nie chciała nawet sama przed sobą nazwać.

Tavo to nazywał, a ona jeszcze nie była gotowa przyznać przed nim i przed sobą uczuć, którymi oddychała od miesięcy.

— Ja?

Odpowiedziała zbyt szybko, prawie oburzona, przestraszona. Minęła go, żeby nie widział jej twarzy i nie wyczytał w jej oczach prawdy.

Tavo przez chwilę tylko za nią patrzył, a potem parsknął cichym śmiechem. Nie było w nim kpiny. Nie śmiał się z niej, choć Lucia właśnie tak to odebrała. Dla niego był to raczej odruch ulgi, który pojawił się zanim zdążył go powstrzymać. Przez tyle czasu próbował zrozumieć, co naprawdę kryje się za jej zachowaniem. Nieotrzymany list, który dawał mu nadzieję, ale jednocześnie pozostawiał wiele miejsca na wątpliwości. Każde słowo Lucii mógł interpretować na różne sposoby. Mógł wierzyć, że między nimi jest coś więcej, ale równie dobrze mógł się bać, że widzi tylko to, czego sam pragnie.

Po raz pierwszy nie musiał już opierać się wyłącznie na własnych domysłach. Nie wiedział jeszcze, co Lucia zrobi z tym uczuciem i czy kiedykolwiek będzie gotowa je nazwać, ale zobaczył coś, czego nie mógł już dłużej ignorować. I dlatego ten krótki śmiech był bardziej wyrazem szczęścia niż rozbawienia.

Lucia jednak nie zobaczyła tego w jego oczach, bo patrzyła w podłogę. Usłyszała tylko śmiech.

Poczuła, jak policzki zaczynają ją palić. Jeszcze przed chwilą pozwoliła sobie powiedzieć za dużo, pozwoliła, żeby emocje wymknęły się spod kontroli, a teraz miała wrażenie, że on właśnie zobaczył wszystko, co tak bardzo próbowała ukryć.

— Nie śmiej się ze mnie!

Jej głos zadrżał, choć próbowała nadać mu ostrość. Była zła, ale przede wszystkim zawstydzona. Zła na niego, że to zauważył. Zła na siebie, że w ogóle dała mu powód, żeby to zauważył.

Tavo natychmiast spoważniał, chociaż na jego ustach błąkał się wciąż szczęśliwy uśmiech.

— Nie śmieję się z ciebie.

Zrobił krok w jej stronę.

— Po prostu... cieszę się, że już nie musisz tego przede mną ukrywać.

Te słowa zatrzymały ją na chwilę. Nie dlatego, że wszystko nagle stało się łatwe, wręcz przeciwnie.

Były zbyt bliskie temu, czego najbardziej się bała. Bo jeśli on naprawdę widział... jeśli naprawdę rozumiał... to oznaczało, że nie mogła już schować się za żartem, za złością ani za udawaniem, że nic się nie dzieje.

Odwróciła wzrok. Nie chciała, żeby zobaczył, jak bardzo jego słowa ją poruszyły.

Tavo chciał coś jeszcze powiedzieć. Wiedział, że powinien wyjaśnić jej sytuację z Cecylią, zanim Lucia znowu zamknie się w sobie.

— Rzecz w tym, że Cecylia, ona…

Nie zdążył dokończyć.

Lucia od razu zacisnęła dłonie. Samo imię kobiety, która przed chwilą tak swobodnie próbowała zająć miejsce obok niego, natychmiast przywróciło wszystkie emocje.

— Ona się do ciebie klei. Widziałam.

Wypowiedziała to szybko, jakby musiała natychmiast znaleźć inne uzasadnienie dla swojego zachowania. Nie była zazdrosna, po prostu zauważyła coś niewłaściwego i chciała go ochronić. Po prostu… Sama nie wiedziała już, co było prawdą.

— Oczywiście wszystkie kobiety takie są, ale...

Urwała i wzruszyła bezradnie ramionami. Przez ostatnie miesiące widziała wystarczająco wiele kobiet w Buenos Aires, żeby wiedzieć, jak bardzo różniły się od niej. Były pewne siebie, odważne, świadome własnej wartości. Potrafiły wejść do pokoju i od razu zwrócić na siebie uwagę. Wiedziały, czego chcą, i nie miały problemu, żeby po to sięgnąć.

Ona nigdy taka nie była.

Lucia nadal czuła się trochę jak dziewczyna z prowincji, która przypadkiem znalazła się w świecie ludzi pięknych, bogatych i pewnych siebie. Nie chodziło o to, że inne kobiety były gorsze. Po prostu znały zasady tej gry, a Lucia nigdy nie nauczyła się w nią grać. Mogła nauczyć się chodzić po wybiegu, mogła pozować przed kamerą i udawać, że nic jej nie rusza, ale w środku wciąż była tą samą osobą, która zbyt często wierzyła ludziom, zbyt łatwo brała na siebie cudze problemy i zbyt często przyciągała kłopoty.

A teraz, zamiast zachować się rozsądnie, przyszła do restauracji tylko dlatego, że nie potrafiła patrzeć, jak inna kobieta zbliża się do Tavo.

— Co za horror.

Zaśmiała się krótko, bardziej z własnej bezradności niż z rozbawienia. Jednak ten śmiech szybko zniknął, bo nagle zobaczyła siebie z boku.

Lucia, która przysiada się zbyt blisko, żeby odciągnąć Tavo od innej kobiety. Lucia, która ukrywa klucze tylko po to, żeby inna nie poszła z nim do łóżka. Lucia, która przed chwilą zaprzeczała, że jest zazdrosna, choć wszystko mówiło coś zupełnie innego.

— Ale jestem głupia...

Odwróciła twarz. Nie chciała płakać. Nie chciała, żeby widział, jak bardzo ta sytuacja ją dotknęła.

— Taka głupia...

Chciał jej pomóc, ale po raz pierwszy nie była to potrzeba opiekowania się nią, którą znał tak dobrze. Nie chciał być tylko kimś, kto wyciąga ją z problemów, kto pociesza ją wtedy, gdy świat okazuje się zbyt trudny. Chciał, żeby przestała traktować go jak kogoś, przed kim musi się bronić. Chciał, żeby uwierzyła, że przy nim nie musi udawać.

Przez całe życie spotykał kobiety, które doskonale wiedziały, jak zwrócić na siebie uwagę, ale żadna z nich nie potrafiła zatrzymać jego myśli na dłużej.

Lucia była inna.

Właśnie ta jej nieporadność, szczerość i brak umiejętności ukrywania emocji sprawiały, że nie potrafił przejść obok niej obojętnie. Nie próbowała go zdobyć. Nie grała żadnej roli. Nawet teraz, kiedy zazdrość wymknęła się spod kontroli, nie potrafiła udawać kogoś, kim nie była.

To nie jej pewność siebie przyciągała go najbardziej. To właśnie chwile, kiedy ją traciła, pokazywały mu, jak bardzo była prawdziwa.

— Dlaczego miałoby to być straszne?

Lucia spojrzała na niego niepewnie.

W jego głosie nie było rozbawienia ani wyrzutu. Było tylko pytanie i ta niezwykła łagodność spojrzenia, z którą Lucia wciąż nie potrafiła sobie poradzić. Przywykła do oceniania, do ludzi, którzy szybko wyrabiali sobie o niej zdanie. Przywykła do tego, że musiała się bronić.

Nie była przyzwyczajona do kogoś, kto patrzył na nią tak, jakby wszystkie jej niedoskonałości wcale nie były wadami.

— Pewnie myślisz to samo, prawda? Że jestem tak samo nachalna jak ona?

Tavo pokręcił głową.

— Nie.

Zrobił jeszcze jeden krok. Widział już, jak bardzo różniła się od kobiet, które znał wcześniej. Nie dlatego, że była mniej pewna siebie, mniej doświadczona czy bardziej ostrożna. Była wyjątkowa właśnie dlatego, że mimo wszystkich ran i lęków wciąż potrafiła być prawdziwa.

— Nie mów tak o sobie.

Przez krótką chwilę wszystko między nimi znowu ucichło. Lucia mogła zostać. Mogła pozwolić mu powiedzieć więcej. Mogła przestać walczyć sama ze sobą.

Ale wtedy telefon zadzwonił ponownie.

Dźwięk przeciął tę chwilę i natychmiast przypomniał im, że poza tym pokojem nadal istnieje świat, obowiązki i ludzie, którzy czegoś od nich oczekują.

Oboje spojrzeli w stronę biurka.

— Odbierz — powiedziała Lucia szybko, niemal panicznie. Wskazała telefon.

— Idź do niej, ona już za tobą tęskni.

Próbowała zabrzmieć lekko, ale Tavo słyszał napięcie. Widział, że znowu zaczyna się zamykać w sobie.

Lucia cofnęła się w stronę drzwi.

— Wiesz, jesteśmy przyjaciółmi i dobrze się rozumiemy...

Te słowa zabrzmiały niemal jak przypomnienie, nie jemu, ale jej samej. Przyjaciele, to było bezpieczne. Przyjaciele mogli się troszczyć, mogli być blisko, mogli tęsknić, ale nie musieli przyznawać, że widok innej osoby boli.

— ...więc idź do niej.

Tavo poczuł ukłucie rozczarowania. Jeszcze przed chwilą miał wrażenie, że zrobiła krok w jego stronę, a teraz sama natychmiast odsunęła się, jakby przestraszyła się własnej odwagi.

— Lucia...

Ruszył za nią, ale ona tylko pokręciła głową.

— Proszę.

Tym razem w jej głosie nie było złości. Była desperacka prośba, żeby pozwolił jej odejść, zanim znowu powie coś, czego później będzie żałować.

Odwróciła się i wyszła. Drzwi zamknęły się za nią szybko, prawie nerwowo, jakby chciała uciec nie tylko z gabinetu, ale również od własnych emocji.

Tavo został sam. Telefon nadal dzwonił, ale przez chwilę go ignorował. Patrzył na drzwi, za którymi zniknęła Lucia.

90-60-90 modelos  Tavo



Jeszcze kilka minut temu nie miał pewności. Miał tylko przeczucia, nadzieję i fragmenty układanki, które nie zawsze do siebie pasowały. Teraz miał odpowiedź, nie pełną czy taką, która rozwiązywała wszystkie problemy, ale wystarczającą. Lucia była zazdrosna, a to znaczyło więcej, niż chciał sobie pozwolić przyznać.

Powoli spojrzał na klucze, które nadal trzymał w dłoni. Jeszcze chwilę wcześniej były tylko przedmiotem. Teraz stały się dowodem. Śladem jej obecności, tego, że przyszła do niego nie dlatego, że musiała. Przyszła, bo nie potrafiła zostać obojętna.

Tavo obracał je w palcach, wracając myślami do ostatnich tygodni. Do listu, którego treść sobie wyobrażał. Do wszystkich momentów, kiedy zastanawiał się, czy widzi w Lucii coś, czego tam nie ma.

Nie uśmiechnął się dlatego, że chciał mieć rację. Nie cieszyło go jej zakłopotanie ani to, że przez chwilę nie potrafiła ukryć emocji. Cieszyło go tylko jedno — że po raz pierwszy zobaczył coś, czego nie musiał sobie dopowiadać. Najtrudniejsze w Lucii było właśnie to, że potrafiła zaprzeczyć wszystkiemu, oprócz własnych uczuć, a te właśnie zdradziły ją po raz pierwszy tak wyraźnie.

Wesprzyj autorkę: Chcesz zobaczyć kolejny rozdział szybciej? Postaw mi kawę na BuyCoffe – to czysta inspiracja w płynie! Dziękuję za niesamowite wsparcie! ☕
Postaw kawę dla fanfictions na buycoffee.to

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Alternative History - Chapter 4 - Group Therapy

Alternative History - Chapter 3 - Jealousy and a Letter

Alternatywna historia - Rozdział 1 - wodospady Iguaçu